banner

 

ModzelewskiZacznę od refleksji metodologicznej: zawodowo od prawie pięćdziesięciu lat zajmuję się problematyką podatkową, w której od około dwudziestu lat istnieją równolegle dwie przeciwstawne rzeczywistości: zmistyfikowana, tworzona przez oficjalny przekaz, prawodawcę, lobbystówi część mediów, oraz ta empiryczna, którą możemy poznać tylko wtedy, gdy wyleczymy się z zatrucia obrazem zmistyfikowanym.
Ta druga rzeczywistość jest na co dzień obecna w świadomości tych, którzy rzetelnie i w dobrej wierze zajmują się tą problematyką, w tym naukowców w starym stylu (nie posługujących się AI),oraz praktyków, zwłaszcza księgowych, którzy nie dadzą się zaczadzić (ogłupić?) mistyfikacjami.

Dam najprostszy przykład owej dychotomii: niedawno wprowadzono powszechny obowiązek wysyłania do ministerstwa finansów (nie do kontrahentów) faktur wystawianych dla potrzeb podatku od towarów i usług - tzw. KSeF.W rzeczywistości zmistyfikowanej jest jakoby „oczekiwana przez podatników automatyzacja rozliczeń”, „uproszczenie” i - co szczególnie absurdalne - sposób na zwiększenie… dochodów budżetowych.
Obiektywnie jest to jednak uleganie lobbingowi biznesu informatycznego,dezorganizacja rozliczeń, zmuszanie podatników do zbędnych wydatków i sposób na powszechną inwigilację gospodarki; dane ponoć już „wyciekły” z KSeF. Można nawet dostrzec wyraźny podział propagatorów tych dwóch rzeczywistości: pierwszą, zmistyfikowaną, pielęgnują media ”proeuropejskie”, drugą – środowiska naukowe oraz nie ulegający lobbingowi praktycy.

Po tym przydługim wstępie sformułuje tezę epistemologiczną: przecież istnienie tych dwóch rzeczywistości może mieć miejsce nie tylko w świecie podatków, lecz również w obrazach relacji polsko-rosyjskich, a zwłaszcza w publicystycznych i popularnonaukowych opisach Rosji i Rosjan. Znamy tu rzeczywistość oficjalną („głównego nurtu” – jak się sama określa), wypełnioną nienawiścią, pogardą i strachem, który (jakoby) żywimy do wszystkiego co rosyjskie albo „sowieckie”; niedawno ktoś publicznie cieszył się z „mordowania sowietów”.

Drugą rzeczywistość postrzegają i opisują ci, którzy są wolni od pogardy, nienawiści i strachu. Dobrym przykładem są tu opisy niedawnej wizyty w Moskwie szefa CIA. W pierwszej rzeczywistości jest wizyta wroga, będąca dowodem „przewagi” USA nad Rosją. W drugiej –jest przykładem współpracy między równorzędnymi państwami, bo przecież działając z pozycji siły nie jedzie się do wasala, tylko każe się mu stawić się u siebie.

Która z tych dwóch rzeczywistości jest mistyfikacją, a która jest bliższa prawdy? Kiedyś się być może dowiemy, gdy zostaną ujawnione archiwa lub stenogramy z tych rozmów (za 50 lat?). Być może jednak już niedługo bieg zdarzeń potwierdzi tezę, że to Stany Zjednoczone… zabiegają o poparcie Rosji: po w istocie przegranej wojnie z Iranem i wystrzeleniu większości zapasów amunicji USA potrzebuje sukcesu pokojowego z udziałem Rosji.

Problem jest prawdopodobnie głębszy. Mistyfikacja rzeczywistości w relacjach polsko-rosyjskich ma dwie a może nawet trzy warstwy. Pierwszą tworzą ci, którzy naprawdę i szczerze nienawidzą, pogardzają i boją się Rosji. Wierzę, że tacy są, bo natura ludzka nie jest wolna od tych przypadłości. Można ją „wyssać z mlekiem matki” – tak przynajmniej diagnozują nasz dziedziczny „antysemityzm” niektórzy izraelscy politycy.
Można również przy pomocy umiejętnej propagandy lub socjotechniki wmówić komuś teorię „odwiecznego wroga”, który zawsze i wszędzie czyha na naszą cnotę. Można nam wmówić, że np. liczą się dla nas tylko sowieckie zbrodnie, nie możemy o nich zapomnieć, a miliony naszych ofiar zbrodni niemieckich czy setki tysięcy pomordowanych przez Ukraińców należy uznać za niebyłe, bo ich sprawcami są jacyś mistyczni „naziści” (kto to jest?) lub „Wołyń” („ofiary Wołynia” – to chyba wymyślił były Prezydent RP).

Drugą warstwę twórców tej rzeczywistości tworzą ludzie wolni od pogardy, nienawiści lub strachu, który propagują lub podtrzymują jej obraz dla sławy lub pieniędzy. Przecież wiemy, że publiczne pomiatanie „ruskimi” daje dostęp do „mediów głównego nurtu”, dużą „klikalność” w Internecie oraz podoba się klasie politycznej. Można na tym zarobić, bo na „wspieranie walczącej Ukrainy” idą duże pieniądze. Propagowanie „zagrożenia rosyjskiego” jest w interesie tych, którzy zarabiają na naszym strachu.

Sądzę, że ta druga warstwa jest znacznie większa, bo nie tylko dziś mistyfikowanie rzeczywistości jest opłacalnym zajęciem. Miałem okazję to wielokrotnie poznać w życiu zawodowym. Np. w latach 2011-2019, gdy publicznie i wielokrotnie piętnowałem patologie tzw. odwrotnego obciążenia w VAT, proponowano mi duże honoraria za zmianę poglądów a nawet za milczenie. W przypadku mojej publicystyki na tematy polsko-rosyjskie spotkałem się z propozycją napisania tekstu, że (jakoby) przestraszyłem się „ruskich”. Sponsorami naszego strachu są prawdopodobnie ci, którzy dobrze zarabiają dzięki naszej darmowej pomocy dla „walczącej Ukrainy” finansowanej już na rachunek naszych wnuków.

Być może jest trzecia warstwa owej mistyfikacji, którą tworzą tzw. jurgieltnicy (kto dziś używa tego słowa?), którzy po prostu mają za zadanie mieszać w głowach Polaków w interesie „Zachodu”, lub przynajmniej „Europy”. Wiele razy było tak w naszej przeszłości. W XVIII wieku strach przed Rosją wkładali do głów polskiej szlachty opłacani przez Prusaków (a zwłaszcza Fryderyka Wielkiego) oświeceniowi publicyści i nie robili tego za darmo.
Notabene, Prusy (poza krótkim epizodem Wojny Siedmioletniej) były wiernym junior partnerem Rosji. Empiryczny obraz przeszłości jest jak widać dość skomplikowany: za trudny dla tych, którzy żywią się nienawiścią i propagandą.
Witold Modzelewski