Prognozowanie (el)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1025
Zmienność i „uporządkowany chaos”
Kryzys to „splot zmian w dowolnym aspekcie zorganizowanej, ale niestabilnej rzeczywistości, podlegającej ewolucji”. Słowo kryzys jest etymologicznie spokrewnione z greckim czasownikiem krínein, który pierwotnie oznaczał „zdecyduj, oddziel, osądź”, a później przekształcił się w „wybierz lub wybierz” i zawsze oznacza chaos zmian.
Przez chaos rozumiemy coś nieprzewidywalnego, co wymyka się krótkowzrocznej wizji, którą tylko nasze oczy mogą zarysować w obliczu wydarzeń wymykających się znanym parametrom, ponieważ nasz umysł jest w stanie sekwencjonować jedynie fragmenty całkowitej sekwencji ogromnego genomu chaosu.
Podobnie kryzys zawsze oznacza przerwanie liniowego biegu wydarzeń, co skutkuje szeregiem alternatyw, spośród których należy wybierać i aby wydostać się z tego labiryntu, należy wykorzystać umiejętność różnicowania i krytycznego myślenia w odpowiedzi na wezwanie „Brzytwa Ockhama”, czyli prawo oszczędności.
Prawo to jest zasadą filozoficzną sformułowaną przez uczonego Williama Ockhama, którą można przełożyć na następujący aksjomat: „Biorąc pod uwagę dwie na równych prawach teorie dotyczące tego samego zjawiska, prostsza ma większe szanse, że będzie poprawna”, co mogło się stać paradygmatem dla teorii ewolucji gatunków Karola Darwina; prawa powszechnego ciążenia Izaaka Newtona, czy prawa podaży i popytu.
Biorąc jednak pod uwagę scenariusz teleonomiczny, w którym się znajdujemy, naznaczony ekstremalną dozą zmienności i który będzie miał szczególny wpływ na złożone systemy, takie jak meteorologia, demografia, wykrywanie i zapobieganie epidemiom, przepływy migracyjne, rynek akcji i nowy geopolityczny porządek świata, ludzka zdolność rozróżniania i krytycznego myślenia jest poważnie ograniczona.
Dlatego nieuchronnie uciekamy się do terminu „efekt motyla”, aby spróbować wyjaśnić zawrotną koniunkcję sił dośrodkowych i odśrodkowych, co pozwoliłoby skonfigurować i uporządkować rozwijający się chaos.
Jednak „efekt motyla” przeniesiony na złożone systemy, takie jak demoskopia, może dać efekt uboczny w postaci niemożności wykrycia z wyprzedzeniem najbliższej przyszłości, ponieważ wykorzystywane modele kwantowe są jedynie symulacjami opartymi na poprzednich modelach, zatem włączenie tylko jednej niewłaściwej zmiennej lub nagłe pojawienie się nieprzewidzianej zmiennej powoduje zwiększenie błędu w wyniku.
Błąd tych modeli jest wzmacniany w każdej symulowanej jednostce czasu, i może przekroczyć nawet sto procent.
Brexit, pandemia Covid i pojawienie się zimnej wojny 2.0 oznaczały tym samym koniec „scenariusza teleologicznego”, w którym cel procesów twórczych planowano za pomocą skończonych modeli, mogących intermodelować lub symulować różne alternatywne przyszłości i w którym priorytetem były intencje, cel i przewidywanie oraz zastąpienie ich „scenariuszem teleonomicznym”.
Scenariusz ten będzie naznaczony ogromną dozą zmienności, zatem wspomniana zasada brzytwy Ockhama wydaje się bezużyteczna, biorąc pod uwagę złożoność scenariuszy, które nas czekają będziemy musieli skorzystać z rady przypisanej biedaczynie z Asyżu:
„Zacznij od robienia tego, co konieczne, potem tego, co możliwe, a dokonasz niemożliwego”.
Germán Gorraiz López
Germán Gorraiz López jest analitykiem politycznym, stałym współpracownikiem Global Research.
Tekst (tłumaczenie automatyczne) pochodzi z portalu Global Research z 5.12.23
https://www.globalresearch.ca/occams-razor-new-teleonomic-scenario/5841573
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1993
Z prof. Jerzym Kleerem, wiceprzewodniczącym Komitetu Prognoz PAN Polska 2000 plus rozmawia Anna Leszkowska
- Panie Profesorze, coraz częściej nasze czasy określa się mianem ery chaosu. W dodatku chaos traktuje jako nową normalność. Czy globalizacja jest jego skutkiem, czy przyczyną?
- Uważam, że globalizacja jest czynnikiem konsolidującym, a nie wywołującym chaos. Chaos istnieje z powodu dwóch przesileń cywilizacyjnych, jakie obecnie występują. Jedno to przechodzenie z cywilizacji przemysłowej do cyfrowej, a drugie to destrukcja cywilizacji agrarnej wywołana kilkoma czynnikami, sprzecznymi z globalizacją.
Bo jeżeli mówimy o globalizacji, to musimy pamiętać również o tym, że globalizacja, która występuje współcześnie jest drugą globalizacją – pierwsza zaczęła się w pierwszej połowie XIX wieku i trwała do I wojny światowej. Jej promotorami były mocarstwa kolonialne, podporządkowujące sobie państwa i określone obszary w Afryce i Azji, traktując je jako źródła surowców i rynki zbytu.
Otóż chaos dzisiaj jest związany z przyspieszonym rozwojem cywilizacji cyfrowej w warunkach jeszcze dość twardo się trzymającej cywilizacji przemysłowej i co ważniejsze – my tak do końca nie bardzo wiemy, co się dzieje z tymi państwami czy obszarami, które podlegają destrukcji cywilizacji agrarnej.
Trzeba pamiętać, że ok. 20 lat temu stanowiły one 2/3 świata, a może więcej. Dzisiaj z tego obszaru destrukcji wyłoniły się silne centra, które jednak trudno nazwać centrami cywilizacji cyfrowej czy cywilizacji przemysłowej, bo tam istnieją także resztki cywilizacji agrarnej. Mam tu na uwadze głównie Chiny, ale za chwilę będzie to dotyczyć także Indii.
Ogólnie można powiedzieć, iż chaos jest wywołany przyspieszonym kształtowaniem się bałaganu na świecie. To nie jest określenie naukowe, ale dobrze oddaje rzeczywistość, to że nic nie następuje z określoną regularnością, nie ma następczości instytucjonalnej i nawet produkcyjnej, a co ważniejsze – wyrywkowo powstają obszary różnych cywilizacji w tym samym państwie.
Następuje więc zderzenie w zakresie reguł gry, bo inne reguły obowiązują w cywilizacji agrarnej, inne w przemysłowej, a jeszcze inne kształtują się w cywilizacji cyfrowej. I na to nie ma rady – musimy po prostu poczekać – myślę, że około 20 lat - żeby mieć wyraźnie ukształtowany świat. Co nie znaczy, że wszędzie będzie wówczas dominować ta sama cywilizacja.
Ale wróćmy do globalizacji, której cechą jest nie tylko opanowanie nowych rynków, ale i tworzenie nowych instytucji rozwiązujących problemy, z którymi zacietrzewieni politycy nie potrafią się wspólnie uporać.
Uważam, że globalizacja daje znacznie więcej pozytywnych efektów niż negatywnych, choć ich nie jest mało. Globalizacja, zwłaszcza podmioty gospodarcze, które ją kształtują – bo globalizacja nie jest duchem świętym, to jest proces kształtowany przez określone podmioty, głównie korporacje ponadnarodowe – ma wspomaganie z dwóch stron. Z jednej strony są to instytucje międzynarodowe, które także regulują procesy globalizacyjne, z drugiej strony – rynki finansowe, które globalizację wspierają, ale czasami też niszczą. Gdybym miał oceniać korporacje ponadnarodowe – nawet przy ich wadach – dałbym im czwórkę z plusem.
- Tutaj panują ciągle spory w środowisku naukowym: jedni dowodzą, że globalizacja, jako skutek neoliberalizmu - ma więcej wad, zwłaszcza zwiększa nierówności w świecie, drudzy z kolei przytaczają dane, że przyczyniła się do zmniejszenia biedy na globie...Kto ma rację?
- Świat nie rozwija się równomiernie. Nierównomierność, zróżnicowanie, jest podstawową zasadą każdego rozwoju: czy to państwa, czy świata, czy grup społecznych, czy poszczególnych ludzi. Oczywiście, czynnikiem różnicującym jest rynek. Istniał już taki system, który miał na sztandarach powszechną równość i sprawiedliwość, ale wiadomo, czym się skończył.
Niektórzy dopatrują się neoliberalizmu w łamaniu reguł gry, ale to jest ten sam liberalizm, jaki był na przełomie XVIII i XIX w., kiedy tworzyła się gospodarka rynkowa, tyle że bardziej dynamiczny, oparty na innych czynnikach wzrostu. W odróżnieniu od liberalizmu wczesnego, ten współczesny opanował wszystkie sfery gospodarki: przemysłu, usług, rynków pracy. Czy on przynosi niesprawiedliwe rozwiązania? – na pewno tak, ale nie ma państwa, ani gospodarki, w której w ciągu 20-30 lat nie naruszono by reguł gry. Pojęcie neoliberalizmu pojawiło się wówczas, kiedy zdemontowano państwo opiekuńcze, problem bowiem polega na wyborze: albo powszechna gospodarka rynkowa, albo państwo, które wszystko reguluje i nadmiernie we wszystko ingeruje. Sądzę, że neoliberalizm jest nową ideą, która nadała impuls globalizacji.
- Prof. Stanisław Kowalik w książce Uśpione społeczeństwo pisze, że przyszłość globalizacji jest nieprzewidywalna: nie przychodzi do tego, kto na nią czeka, ale do oszustów.
-To ładnie brzmi, ale gdyby globalizacja przychodziła do oszustów, oznaczałoby, że oszuści zaczną się wybijać, bo oni też nie lubią być oszukiwani. A do tego jeszcze nie dochodzi. Niemniej trzeba pamiętać, że wspaniały Rzym też kiedyś upadł. I być może, że taki koniec czeka i Europę, którą tworzy 46 skłóconych państw, która cierpi na depopulację, ma coraz mniejszy udział w światowym PKB i zniszczone środowisko. Europa zawsze rozwijała się przez wojny, może dlatego UE nie potrafi sobie ze sobą poradzić, sama się niszczy. UE miała być przyszłościowym modelem na czasy globalizacji, w którym chce się jednocześnie utrzymać wartości państwa suwerennego i mieć korzyści z globalizacji.
- W dwóch raportach z tego roku: Global Risks Report opublikowanym podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos oraz Raporcie o stanie świata przygotowanym na Konferencję Bezpieczeństwa w Monachium ich autorzy podkreślają, iż na naszych oczach rozpada się porządek świata. I zadają pytanie: kto i jak powinien nasz świat ratować?
- Z ratownikami jest tak, że ci, którzy mogliby ratować, traktują świat jakby to była kość tylko dla nich. Mam tu na myśli dwa państwa: Chiny i USA. Prezydent Trump z racji przyszłego rozwoju świata, ale też i USA, jest najgorszym prezydentem. Potrzebny jest człowiek, który ma pewną wizję, gdyż USA, przy ich potencjale gospodarczym, technologicznym itd. są w stanie uruchomić siły rozwojowe w całej Ameryce Środkowej i stworzyć wielką potęgę światową. Nie ulega wątpliwości, że nierównomierny rozwój, jaki dzisiaj mamy na świecie spowoduje chwiejny pokój regionalny, a może i międzykontynentalny. Na kontynencie azjatyckim, który dzisiaj wysuwa się na czoło jako wiodący – podobnie jak Europa w czasach tworzenia cywilizacji przemysłowej – to mogłoby zaistnieć, gdyby Chiny porozumiały się z Japonią, na co się nie zanosi i wydaje się mało prawdopodobne.
- Ale operujemy tu państwami, a globalizacja niszczy państwa narodowe, zatem kto winien nas ratować?
- Korporacje ponadnarodowe, które są głównymi propagatorami globalizacji i dokonują destrukcji państwa suwerennego, przejmując pewne jego funkcje władcze.
- Tyle, że państwo narodowe ze względów kulturalnych i społecznych jest obywatelom niezbędne.
- Dlatego też uważam, że UE jest takim statkiem ostatniej pomocy dla państw suwerenno-narodowych w Europie, bo z jednej strony stwarza warunki do globalizacji, a z drugiej pozwala państwom trwać w swojej kulturze.
UE nie jest jedynym projektem integrującym – podobne procesy rozpoczęły się w Azji, Ameryce Łacińskiej. Zawsze jednak są tacy, którzy przeszkadzają w tym procesie, bo taki jest charakter rodzaju ludzkiego. Żeby powstał silny model integracyjny, musi być ktoś, kto to weźmie w swoje ręce. Kiedyś sądzono, że zrobią to Chiny w Azji, ale trudno sobie wyobrazić, aby globalizacja połączyła Chiny, Japonię i Indie, bo żadne z tych państw nie odda drugiemu nawet części swojej suwerenności. Globalizacja może więc być głównie procesem łączenia rynków, a nie społeczeństw, kultur.
Pełnej globalizacji jednak nigdy nie będzie – co najwyżej regionalna z różnymi interesami - nie tyle gospodarczymi, co politycznymi.
Globalizacja nie może być traktowana jako proces łączący wszystkich, a na jego zakończenie odbędzie się wielkie przyjęcie. Jeśli przyjmiemy jako prawidłowość historyczną nierównomierność rozwoju, to zawsze będzie ktoś z przodu i ktoś z tyłu.
- Ale wróćmy do tego, co robić? Czy do procesu globalizacji można wprowadzać poprawki?
- Możemy założyć, że cywilizacja ma przed sobą jeszcze długi żywot. Prawdopodobnie system globalizacji będzie powszechny w skali światowej, co nie oznacza, że będzie jedno jej centrum, rząd światowy, itp. Ten proces nie prowadzi do jedynowładztwa, do jednego cesarza.
W moim przekonaniu, zakładając że nie będzie wojny, czego nie wykluczam – w Azji ukształtuje się centrum światowego dynamizmu rozwojowego, a Europa będzie zmarginalizowana, co nie oznacza, że spadnie tu jakość życia. Podstawowym problemem będzie starzenie się społeczeństwa – w wieku emerytalnym będzie 1/3 Europejczyków, których albo trzeba będzie zamknąć w szpitalach i domach opieki, albo przyjąć do pomocy imigrantów.
Europa będzie mieć dobrych kilka dekad pod jednym warunkiem: że UE się utrzyma i wzmocni, a procesy integracyjne wewnątrz unii będą postępować. Jeżeli tak się nie stanie, to Europę czeka marna przyszłość – po prostu zostanie podbita ekonomicznie, będą w niej rządzić ponadnarodowe korporacje.
Dziękuję za rozmowę.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 10438
Idee i koncepcje są nierozerwalnie związane z historycznym, społecznym i intelektualnym kontekstem, w jakim powstawały, nie mają charakteru ponadczasowego.
Taki los może spotkać koncepcję państwa narodowego, według której ludzkość dzieli się na pewną ograniczoną liczbę narodów, które wewnętrznie zorganizowały się jako państwa, na zewnątrz zaś odgraniczają się od innych, zarazem utrzymując z nimi więzi, tworzące system stosunków międzynarodowych.
Państwo narodowe jest doświadczeniem zaledwie kilku stuleci w Europie. W pozostałych częściach świata jego obecność jest jeszcze krótsza, a nawet wątpliwa. Pojawiło się ono pod koniec średniowiecza, kiedy państwa i ich władcy usiłowali wyzwolić się spod panowania cesarza lub papieża. Państwa narodowe były potężnym motorem postępu. Na nich opierał się powestfalski system stosunków międzynarodowych, którego podstawowym wyróżnikiem była suwerenna równość państw. W wyniku dekolonizacji model ten został narzucony mieszkańcom Azji i Afryki, co jednak było sprzeczne z ich własną historią i kulturą.
Ze względu na ogromne zróżnicowanie państw, bardzo trudno jest orzekać jednoznacznie o ich kondycji i wyciągać z tego spójne wnioski. Współczesna piramida państw obejmuje zarówno giganty, jakimi są niewątpliwie Stany Zjednoczone, tradycyjną grupę wielkich potęg (Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Japonia, Chiny, Rosja), ale też masę średniaków, wreszcie drobnicę – „karłów i liliputów”. Jeśli do tego dodamy tzw. niby-państwa, tj. jednostki geopolityczne de facto kontrolujące swoje terytorium, mające ludność i efektywną władzę, lecz pozbawione uznania międzynarodowego (Tajwan, Cypr Północny, Abchazja, Górski Karabach, Naddniestrze, Osetia Południowa, Somaliland), to może okazać się, że większość spośród blisko 200 państw nie nadaje się w ogóle do samodzielnego istnienia i funkcjonowania.
Słabość państw jest zatem immanentną cechą systemu międzynarodowego, przejawem zmienności, dynamiki i ciągłej adaptacji różnych jednostek geopolitycznych do standardów środowiska międzynarodowego.
W diagnozie współczesnego świata Francis Fukuyama dostrzega rosnącą dominację państw słabych i chylących się ku upadkowi. Dzieje się tak ze względu na mobilizację nowych aktorów społecznych i nowych grup dotąd wyłączonych ze sprawowania władzy, a także konsekwencje globalizacji w postaci znoszenia barier dla rozmaitych przepływów, w tym zjawisk destrukcyjnych dla państwa (przestępczość zorganizowana, terroryzm, narkobiznes itd.).
Kilka dekad wstecz, bazując na bogatym doświadczeniu historiozoficznym, brytyjski filozof historii Arnold Toynbee prognozował upadek państw narodowych. Według jego rozmówcy, japońskiego uczonego Daisaku Ikedy, „idea państwa nie jest nieodzowna dla ludzkiego życia, ani nie zasługuje na najwyższy szacunek” (A. Toynbee, D. Ikeda, Wybierz życie. Dialog o ludzkiej przyszłości). Uwielbienie i poświęcanie się dla swojego państwa może stanowić poważne zagrożenie, związane zwłaszcza z negatywnymi skutkami nacjonalizmu i szowinizmu.
Zdaniem obu myślicieli, obserwacje prowadzone od końca II wojny światowej prowadzą do wniosku, że lokalne państwa narodowe ulegają zanikowi. Jest to spowodowane nasileniem się wymiany kulturalnej i gospodarczej, podejmowaniem licznych przedsięwzięć międzynarodowych, które pozostawiają niewiele miejsca do ingerencji władz państwa narodowego, hamującego międzynarodowe kontakty między ludźmi. Za Toynbee’m i Ikedą wielu teoretyków stosunków międzynarodowych zaczęło głosić podobne poglądy o nadejściu kresu państw narodowych. Kalevi Holsti określił w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku ten nurt mianem nekrologizmu.
Trzy głowy smoka
Obecnie dokonuje się rewizji powyższych poglądów. Mówiąc językiem Friedricha Nietzschego, „z faktu, że bóg państwa narodowego jest śmiertelny, nie wynika jeszcze, że umiera państwo. Raczej przychodzi tu na myśl mit, w którym bohater obcina smokowi łeb, a na jego miejsce wyrastają trzy nowe” (U. Beck, Władza i przeciwwładza w epoce globalnej. Nowa ekonomia polityki światowej). Wskazuje się więc, że państwa narodowe nie znikną, ale stopniowo przestaną być jedyną strukturą władzy suwerennej.
Państwo nie jest już wszechobecne zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. W ślad za tą konstatacją postępuje wyraźny kryzys różnych ideologii, które przypisywały państwu rolę wszechpotężnego gwaranta wzrostu gospodarczego, nowoczesności i sprawiedliwości społecznej. Państwo przestaje spełniać wszystkie oczekiwania społeczne, jakie niesie postęp cywilizacyjny i internacjonalizacja różnych dziedzin życia społecznego. Jednak ciągle pozostaje głównym aktorem sceny międzynarodowej.
Wraz z globalizacją powstaje nowa przestrzeń działania i nowe jej ramy: „polityka odrywa się od granic i od państw, w efekcie czego pojawiają się dodatkowi gracze, nowe role, nowe zasoby, nieznane reguły, nowe sprzeczności i konflikty”.
Upowszechnił się pogląd, że globalizacja prowadzi do globalnego kryzysu państwa. Państwo jako organizacja polityczna społeczeństwa jest bowiem atakowane z różnych stron. Z jednej strony znajduje się pod naciskiem wielkich korporacji i banków, które chcą funkcjonować ponad granicami i nie liczą się z istnieniem ani interesem państwa. Te korporacje są zresztą często o wiele silniejsze od niewielkich organizmów państwowych, które przeważają we współczesnym świecie. Z drugiej strony, państwo jest osłabiane od wewnątrz przez etnonacjonalizmy, tendencje odśrodkowe i dezintegracyjne.
Władza publiczna w coraz mniejszym stopniu polega na przymusowej regulacji przez swoje hierarchiczne struktury, a w coraz większym stopniu jest sprawą negocjacji prowadzonych przez zdecentralizowane układy płynnych sojuszy (powiązania sieciowe). Wewnątrz suwerennych państw powstają pluralistyczne organizacje społeczne, a w stosunkach zewnętrznych pewne funkcje dotychczas należące wyłącznie do rządów państw narodowych są przejmowane przez organizacje międzynarodowe, globalne czy regionalne.
Wyzwaniem dla państwa stają się ponadnarodowe strefy handlu, kultury diaspory czy globalne miasta – megapolis, w których zanika lojalność wobec państwa narodowego. W państwach ponowoczesnych, poddających się procesom integracyjnym, system międzynarodowy przenika wewnętrzny system polityczny, następuje wzajemne mieszanie się, a nawet ingerencja rozmaitych reżimów międzynarodowych w wewnętrzny aspekt spraw zagranicznych.
„Granice są coraz mniej istotne dla państw ponowoczesnych. Dzięki wynalezieniu rakiety, samochodu i satelity stało się to faktem oczywistym w XXI wieku. Na większej części obszaru Unii Europejskiej słupy graniczne zostały usunięte i tylko na podstawie innych kolorów znaków drogowych wiemy, że jesteśmy w innym kraju. Orzeczenia sądów są obecnie egzekwowane niezależnie od granicy państwowej (aż do mandatów za parkowanie włącznie). W tym środowisku bezpieczeństwo, które kiedyś opierało się na murach, obecnie opiera się na otwartości, przejrzystości i wzajemnej bezsilności wobec agresji drugiego”(R. Cooper, Pękanie granic. Porządek i chaos w XXI wieku).
Kierunki ewolucji
Uwagę obserwatorów zajmują pytania o kierunki ewolucji państwa narodowego, o relacje między tym, co lokalne, ponadnarodowe i uniwersalne, wreszcie o przyszły kształt i rolę wewnętrznych autonomicznych organów państwa narodowego. Interesującym zagadnieniem staje się odpowiedź na pytanie o legitymizację prawa międzynarodowego, jeśli nie stoi już za nim w pełni autorytet suwerennego państwa narodowego.
Dotychczas państwo narodowe dostarczało stałych i absolutnych źródeł legitymizacji norm i organizacji międzynarodowych. Ład międzynarodowy wyrastał więc z tych samych źródeł, co porządek państw narodowych. Współczesny ład globalny rozporządza autonomicznymi źródłami legitymizacji. Nowe reguły pojawiają się na przykład w efekcie powiązania praw człowieka z panowaniem, gdy owe prawa wchodzą w konflikt z narodowym systemem reguł. Interwencja humanitarna podczas wojny w Kosowie w 1999 roku pokazała, jak można znieść usankcjonowaną prawnie suwerenność państwa narodowego. Pojawiło się wtedy określenie „militarnego humanizmu” (Noam Chomsky), które rodzi nowe zagrożenia. Otóż globalne egzekwowanie praw człowieka przy użyciu środków militarnych znosi granice między wojną a pokojem. „Wezwanie do sprawiedliwości i przestrzegania praw człowieka znienacka zamienia się w miecz, z którym wkracza się do obcych krajów” (U. Beck).
Państwa narodowe są zatem w sensie historycznym zjawiskiem zdeterminowanym przez określoną epokę. Tak jak nie było narodów i państw narodowych w czasach starożytnych, tak samo można sobie wyobrazić ich zanik w bardziej lub mniej przewidywalnej perspektywie. Zdaniem wszelkiej maści uniwersalistów ideałem, który można osiągnąć w przyszłości, jest zanik państw narodowych i zjednoczenie świata pod jednym globalnym rządem. Tradycyjne państwa zeszłyby do roli municypalnej, jako „jednostki administracji terenowej”. Takie postawy czy poglądy wynikają z przekonania o anachroniczności państwa narodowego w globalizującym się świecie.
W podobnym kierunku degradacji państw narodowych zmierzają rozważania Ulricha Becka, profesora socjologii na Uniwersytecie Monachijskim i w Londyńskiej Szkole Ekonomii i Nauk Politycznych, zmarłego na początku stycznia 2015 r. Zamiast państwa narodowego czy jakiegoś utopijnego „rządu globalnego” dostrzegał on „pewien nowy poziom metagry o władzę”, co skłaniało go do przyjęcia „spojrzenia kosmopolitycznego”. Miejsce narodowego realizmu politycznego zajmuje jego zdaniem kosmopolityczny realizm polityczny. Maksymę: „interesów narodowych trzeba bronić w sposób narodowy” zastępuje maksyma: „nasza polityka jest tym bardziej narodowa i skuteczna, im bardziej jest kosmopolityczna”(U. Beck, E. Grande, Europa kosmopolityczna. Społeczeństwo i polityka w drugiej nowoczesności).
Beck zwrócił uwagę, że państwa narodowe istnieją obecnie jedynie w ludzkich głowach, są fantomami. Także miejsce tradycyjnych stosunków międzynarodowych jako stosunków między suwerennymi państwami (ład powestfalski), zajmuje jakaś „światowa polityka wewnętrzna”. Klasyczne granice między polityką wewnętrzną i zagraniczną zacierają się i rozmywają. Podważa się samo odróżnienie „wnętrza” i „zewnętrza”. To stanowi wyzwanie dla politologii i nauki o stosunkach międzynarodowych, aby wyzwoliły się z dogmatyki spojrzenia narodowego.
Skutki globalizacji
W obszernej literaturze poświęconej skutkom globalizacji wskazuje się na zdolność państwa do samotransformacji. Rzecznicy neoliberalizmu utrzymują, że państwo nie obumiera, lecz zachowuje zdolność do przekształcania się i adaptacji. Tę pojmują jako dostosowanie do rynku światowego, na przykład przez prywatyzację sfery usług publicznych (ochrona zdrowia, łączność, telekomunikacja), czy deregulację (usunięcie przed kapitałem i strumieniami finansowymi przeszkód w postaci granic i innych zapór ochronnych).
Nie należy zatem przesądzać wszelkich przewartościowań jako kryzysu czy upadku. Przeciwnie, jak wskazują znawcy problematyki globalizacyjnej, globalizacja w sposób zróżnicowany wpływa na możliwości działania i autonomię państw narodowych. Nawet w sferze polityki gospodarczej i finansowej pozostaje znaczny obszar decyzyjny, który może być przez te państwa wykorzystany do tego, aby tak jak dawniej osiągać priorytetowe cele, wiążące się choćby z zabezpieczeniami społecznymi czy ograniczaniem bezrobocia. Ponadto państwo występuje wobec aktorów gospodarki światowej w podwójnej roli – ojczyzny i gospodarza – przez co zyskuje coraz większą rolę jako realizator interesów tej gospodarki.
Na tym tle jawi się pewien paradoks neoliberalnego pojmowania polityki i państwa. Z jednej strony chodzi o państwo minimalne, którego zadania i autonomia miałyby być przykrojone, aby tylko umożliwiały wdrażanie norm światowych (R. Nozick, Anarchia, państwo, utopia), z drugiej jednak, deregulacja rynku czy prywatyzacja sektorów publicznych jest możliwa wyłącznie przy udziale silnego państwa, sankcjonującego ład prawny, modernizującego instytucje nadzoru i ucisku, na przykład przez uszczelnianie kontroli granic i ochronę przed terroryzmem. Instytucje państwa są nadal dysponentem znacznej części dochodu narodowego: budżetu państwa, jego zasobów mineralnych (koncesje), kontroli handlu zagranicznego (licencje, zezwolenia), wreszcie dopływu inwestycji zagranicznych (kontrakty rządowe, udostępnianie terenów, udzielanie zezwoleń).
Według rozmaitych diagnoz socjologicznych, ludzkość znajduje się obecnie na etapie przechodzenia od społeczeństwa masowego do społeczeństwa planetarnego. O ile społeczeństwo masowe mieściło się w granicach państwa i o ile państwa były w stanie jakoś kontrolować swoje społeczności, o tyle żadne państwo nie jest w stanie zapanować nad społeczeństwem planetarnym. „Coraz więcej ludzi robi (bowiem) międzynarodowe interesy, pracuje międzynarodowo, kocha się międzynarodowo, zaślubia międzynarodowo, międzynarodowo żyje, podróżuje, konsumuje i gotuje, międzynarodowe stają się dzieci, wielojęzyczne i wychowane w zgeneralizowanym »nigdzie« telewizji i Internetu. Co więcej, także polityczne tożsamości i lojalności nie są już posłuszne monogamicznej lojalności narodowej”( U. Beck).
Mamy zatem do czynienia z potężnym wyzwaniem ze strony globalnego społeczeństwa obywatelskiego jako władzy opozycyjnej wobec państwa (przykład społeczności konsumenckiej jako realnie istniejącej „społeczności światowej”, która może bojkotować jakieś produkty, bez konieczności organizowania się). Nowa sytuacja nakazuje inaczej podchodzić nie tylko do problemu granic, różnic między tym, co narodowe, a tym, co międzynarodowe, lecz także między gospodarką światową i państwem, czy organizacjami ponadnarodowymi, narodami i społeczeństwami.
„Państwo z dawnych czasów, suwerenny władca własnego terytorium, uprawniony do robienia tego, co chce, bez ingerencji w jakiejkolwiek postaci, zostało poddane zasadniczej modyfikacji”. W centrum dzisiejszych kompetencji państwa „pozostaje kontrola w sprawach krajowych, szczególnie prawny monopol na użycie siły, zdolność do tworzenia i przestrzegania prawa, ale w sferze międzynarodowej nacisk przesunął się z kontroli nad terytorium i nad armiami na zdolność przyłączania się do organizacji międzynarodowych i do zawierania porozumień międzynarodowych. Zawieranie pokoju stanowi tak samo ważny element suwerenności, jak prowadzenie wojny”(R. Cooper).
Wydaje się, że era silnego państwa narodowego, zakorzenionego w Europie Zachodniej, przeminęła wraz z zakończeniem „zimnej wojny”. System międzynarodowy zmierza w stronę nakładających się na siebie ról i odpowiedzialności, z udziałem rządów, instytucji międzynarodowych i sektora prywatnego, ale nikt z nich nie znajduje się całkowicie pod kontrolą.
Próbując dokonać pewnej generalizacji, warto wskazać na historyczną prawidłowość ewolucji: od wielkich imperiów, przez państwa wielonarodowe i narodowe, do wspólnot lokalnych. Wydaje się, że wiele z tych organizmów funkcjonuje nieźle obok siebie.
Patrząc na państwo przez pryzmat jego tradycyjnych atrybutów – przymusowości, terytorialności i suwerenności – można odnieść wrażenie, że:
- Państwo traci monopol przymusu na rzecz rozmaitych sił konkurencyjnych, mafii, podziemia, handlarzy bronią, gangów, prywatnych firm ochroniarskich itp. Obecnie wszystko może zależeć od rakiety w rękach zdeterminowanych fanatyków. Wojna może się rozgrywać między jednostkami a państwami.
- Terytorium państwowe staje się obszarem operowania ze strony rozmaitych podmiotów konkurencyjnych wobec państwa – kiedyś Kościoła, a dzisiaj wielu organizacji pozarządowych, w tym potężnych korporacji transnarodowych, ruchów, sekt, a nawet pojedynczych terrorystów.
- Pod wpływem procesów integracyjnych dochodzi do desuwerenizacji państwa. Często z woli jego samego następuje redystrybucja atrybutów suwerenności w sensie jurysdykcyjnym, funkcjonalnym i terytorialnym.
Trudne pożegnania
Narody jednoczącej się Europy nie są jednak gotowe wyrzec się własnych państw. Unia Europejska w obliczu wielu przeszkód subiektywnych i obiektywnych długo jeszcze nie będzie w stanie przejść w stronę federacji i jednego superpaństwa. Państwa narodowe muszą zachować część swoich uprawnień, starając się przebudować własną tożsamość w kierunku ograniczonej samowładności i całowładności.
Wszystko to oznacza nie tyle kryzys, ile fundamentalną zmianę i określenie na nowo roli państw i rządów w uwarunkowaniach epoki globalnej. Państwa narodowe przekształcają swoje struktury i redefiniują zagrożenia po to, aby zachować tradycyjne funkcje. Okazuje się, że w wielu obszarach oddziaływań, na przykład w sferze praw człowieka czy ochrony środowiska, aktorzy działający w sferze transnarodowej domagają się bardziej stanowczych państwowych regulacji i silniejszej współpracy międzynarodowej.
„Dzisiejszy dynamiczny rozwój rynku i technologii nie będzie trwał wiecznie. Dlatego instytucje państwa wciąż są potrzebne, by bronić nas w sytuacjach kryzysu. Ich demontaż jest działaniem nader nierozsądnym. Świadczy o tym, że nie umiemy czerpać nauk z historii”(T. Judt, Buldożer innowacji, „Europa. Tygodnik Idei”, 15.12.2007).
Jesteśmy świadkami głębokich przemian rzeczywistości społecznej, czego odbiciem są zmiany w świadomości ludzkiej i jakości nagromadzonej wiedzy. Wraz z rozszerzaniem się międzynarodowej aktywności państw na nowe dziedziny i sfery życia społecznego stają one przed nowymi wymogami i wyzwaniami. Państwo ulega daleko idącej transformacji. Mimo pojawienia się rzeszy konkurentów pozostaje ono jednak nadal głównym aktorem „zglobalizowanej społeczności międzynarodowej”. To co polityczne w stosunkach międzynarodowych jest bowiem i pozostaje domeną państw, nawet gdy inni aktorzy zwiększają swoje wpływy i oddziaływania.
Państwo jest jedyną instytucją, która dysponuje władzą i instrumentami potrzebnymi do organizowania powszechnych świadczeń społecznych oraz ograniczania nierówności dochodów i zamożności w imię dobra całej zbiorowości, zamieszkującej określone terytorium. Państwo jest też jedynym gwarantem poczucia bezpieczeństwa jednostek i grup społecznych przed niepodlegającymi żadnym regulacjom globalnymi siłami i zagrożeniami.
Jak zauważył w jednej z prac wybitny znawca prawa międzynarodowego Janusz Symonides (Wpływ globalizacji na miejsce i rolę państwa w stosunkach międzynarodowych), współcześnie „można mówić o globalnej gospodarce, ale nie ma ani globalnej społeczności ludzkiej, ani globalnej polityki, ładu czy systemu wartości. Nie ma też globalnego rządu czy globalnej organizacji, która mogłaby zastąpić państwo”.
Warto więc kierować uwagę nie tyle w stronę zaniku czy kryzysu państwa, ile w stronę odkrywania jego nowych możliwości. Pozostaje bowiem ciągle aktualne stwierdzenie, że od właściwego zrozumienia statusu i aktywności państwa zależy poznanie natury życia międzynarodowego oraz prawidłowości jego ewolucji. Wiele wskazuje na to, że tradycyjne państwa pozostaną podstawową jednostką stosunków międzynarodowych w przewidywalnej przyszłości, chociaż mogą one przestać zachowywać się w tradycyjny sposób.
Stanisław Bieleń
Powyższy tekst był publikowany w czasopiśmie „Polityka Polska” 2015, nr 6
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 476
Siła modeli maszynowego uczenia się wynika z możliwości wykrywania relacji statystycznych, które często są niedostrzegalne dla człowieka. One same — a nie tworzący je ludzie — określają swoje metody postępowania i sposoby podejmowania decyzji. Dlatego modele te często nazywa się czarnymi skrzynkami. Ta cecha sprawia, że są rzekomo bardziej obiektywne niż ludzie, ale ich rozumowanie jest często nieprzejrzyste i sprzeczne z ludzką intuicją, nawet w ocenie ich twórców.
Na przykład autorzy algorytmów do diagnozowania zakażeń covidem użyli jako grupy kontrolnej obszernej bazy zdjęć rentgenowskich przedstawiających zwykłe zapalenie płuc — jak się okazało, pochodzących od dzieci w wieku od jednego do pięciu lat. W rezultacie stworzone modele nauczyły się odróżniać płuca dzieci od płuc dorosłych, a nie płuca dotknięte covidem od płuc zajętych zwykłym zapaleniem.
Systemy tego typu są tajemniczymi bytami o nieznanych ścieżkach rozumowania. Nie dość, że automatyczne systemy są nieprzeniknione od strony technicznej, to jeszcze ludzie, na których życie mają one największy wpływ, rzadko zdają sobie sprawę z tej tajemniczości.
Sposób, w jaki wprowadzono algorytmy do naszego społeczeństwa, spowodował erozję indywidualnej autonomii człowieka, ale także zmniejszył siłę i decyzyjność instytucji reprezentujących nasze interesy, a zatem doprowadził do transfiguracji całego społeczeństwa.
Osobom świadomym tego, że jakieś algorytmy podejmują decyzje wpływające na ich życie, zwykle odmawia się wiedzy o wewnętrznym działaniu systemów (z punktu widzenia prywatnych firm — stanowiącym ich własność intelektualną), a ślepa wiara instytucji publicznych w skuteczność oprogramowania lub zwykła niewiedza urzędników utrudniają tym ludziom dochodzenie sprawiedliwości. Gdy komputer czegoś nam odmawia, wpadamy w błędne koło. Utrata poczucia autonomii i kontroli sprawia, że trudniej wziąć odpowiedzialność za własne postępowanie. Trudno też przypisać winę i wymierzyć karę osobom lub korporacjom, które przerzucają odpowiedzialność na oprogramowanie korzystające ze sztucznej inteligencji. W końcu maszyny nie da się postawić przed sądem.
W latach 80. XX wieku stanfordzki psycholog Albert Bandura uznał poczucie własnej skuteczności — przekonanie o tym, że mamy kontrolę nad własnymi działaniami i ich konsekwencjami – za wrodzoną cechę ludzkiej natury i nieodłączny czynnik ewolucji naszego gatunku. Jak mówił, człowiek kształtuje swoje okoliczności życiowe i otoczenie społeczne, a nie jest wyłącznie ich wytworem.
Bandura dowodził, że ludzie wywierają wpływ na otoczenie na trzy sposoby: osobiście, przez przedstawicieli oraz jako kolektyw. W ogólnym sensie przedstawicielami są osoby posiadające specjalistyczną wiedzę lub zasoby — jak lekarze, funkcjonariusze aparatu przymusu lub członkowie wybieralnych władz — wskazane przez nas, by wypowiadać się w naszym imieniu, natomiast kolektyw dysponuje wspólną pulą wiedzy i środków nacisku, by kształtować lepszą przyszłość dla wszystkich swoich członków.
Filozofowie uważają, że w ostatecznym rozrachunku wolność człowieka zależy od siły poczucia własnej skuteczności — od zdolności postrzegania podejmowanych działań i odczuwanych pragnień jako własnych, a także przekonania o posiadanej swobodzie kreowania zmian.
Systemy sztucznej inteligencji w mniejszym lub większym stopniu na wiele różnych sposobów naruszają to poczucie, wywołując w nas wrażenie osłabienia własnej sprawczości, a w skrajnych przypadkach — nawet utraty wolnej woli.
Jako społeczeństwo znaleźliśmy się więc w kłopotliwym położeniu. Sposób zarządzania sztuczną inteligencją i innymi algorytmami statystycznymi w nadchodzących latach będzie miał ogromny wpływ na nas wszystkich. Brakuje nam jednak narzędzi do kontrolowania nadchodzących zmian. Nie do końca nawet rozumiemy, na czym ten wpływ będzie polegał. Nie potrafimy zdecydować, jakie wartości moralne chcemy zakodować w tych systemach. Nie możemy dojść do porozumienia w kwestii tego, jakie mechanizmy kontrolne chcemy narzucić systemom AI. Kolektywnie zrzekamy się własnego autorytetu moralnego na rzecz maszyn.
Paradoksalnie systemy sztucznej inteligencji doprowadziły jednak nieoczekiwanie do wzmocnienia kolektywnego poczucia sprawstwa. Kiedy bowiem ludzie poczuli się ograbieni z indywidualnej zdolności do kierowania własnym postępowaniem i własną uwagą, zdali sobie sprawę z nieodłącznych cech zautomatyzowanych systemów (takich jak nieprzejrzystość, brak elastyczności, nieustanna zmienność i brak uregulowania) i zaczęli łączyć się w grupy, by walczyć z maszynami o odzyskanie poczucia człowieczeństwa.
Refleksja nad triumfalnym pochodem sztucznej inteligencji umożliwia dostrzeżenie dysproporcji sił i ruch w stronę przywrócenia równowagi. W końcu czy bez tego wciąż jeszcze będziemy ludźmi?
Madhumita Murgia
Jest to fragment książki W cieniu AI Madhumity Murgii wydanej przez Wydawnictwo Port. Jej recenzję - Życie z AI - zamieszczamy w tym numerze SN.

