Politologia (el)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 368
Poszukiwanie nowej terminologii do opisu i objaśniania stosunków międzynarodowych jest konsekwencją komplikującej się rzeczywistości, a także świadomego i zdecydowanego kwestionowania zachodniego monopolu na urządzanie świata. Nowe spojrzenie na zmianę porządku międzynarodowego wymusza sytuacja kryzysowa, w jakiej znalazł się Zachód, a wraz z nim cały system międzynarodowy.
Zdaniem wielu obserwatorów, era liberalnej hegemonii dobiega końca, a wszystkie jej „dobre” strony, takie jak racjonalność, poszanowanie godności ludzkiej, dobre rządy, wolny handel i porządek „oparty na zasadach”, ulegają erozji. Czołowe mocarstwa zachodnie rażąco naruszają te wartości, a liberalizm jest najbardziej kwestionowany na własnym podwórku, czego jaskrawo dowodzi druga kadencja prezydencka Donalda Trumpa. Jego szokujące decyzje w sprawie rewizji regulacji celnych oraz zakwestionowanie strategicznej i normatywnej użyteczności sojuszy oznaczają radykalne podważenie wiarygodności liberalnego porządku.
Jednocześnie, wielu zwolenników dotychczasowego status quo zaprzecza wartościom poznawczym realizmu politycznego. „Odgrzewanie” starych schematów, opartych na starożytnych przekazach nie pomaga w zrozumieniu systemu międzynarodowego, który ulega depolaryzacji. Przykładem „anachronicznego” myślenia jest spopularyzowana przez amerykańskiego badacza Grahama Allisona „pułapka Tukidydesa”, pokazująca groźbę popadnięcia w konflikt „starej” potęgi, broniącej stanu posiadania (USA), z mocarstwem „wschodzącym”, dążącym do rewizji zastanego porządku (Chiny).
Współcześni konstruktywiści twierdzą, że ciągłe odwoływanie się do historii, w tym tej antycznej, z czasów greckich poleis (miast-państw), jest błędem. Żyjemy bowiem w innych czasach i warunkach, w których badacze stosunków międzynarodowych nie mogą być niewolnikami starych teorii i poglądów. Muszą być otwarci na nowe koncepcje, a tym samym na nowe możliwości kształtowania rzeczywistości, które nie mają precedensu w historii.
Każda zmiana na geopolitycznej mapie świata prowokuje więc do poszukiwania oryginalnej nazwy wyłaniającego się porządku międzynarodowego.
Pokój światowy bez hegemona
Jesteśmy właśnie świadkami rekonceptualizacji stosunków międzynarodowych, która próbuje odejść od koncentracji sił w postaci „biegunowości” (polarności) na rzecz „multipleksowości”. Termin ten wypromował znany na Zachodzie badacz indyjskiego pochodzenia Amitav Acharya, opowiadając się za „wielowymiarowym” ujmowaniem rzeczywistości międzynarodowej. Chodzi przy tym o uwzględnianie dorobku teoretycznego także z innych poza Zachodem obszarów kulturowych i cywilizacyjnych. Jego zdaniem, hegemonia Zachodu nie jest bowiem warunkiem koniecznym przetrwania globalnego porządku. Różnorodność kulturowa, ideologiczna i polityczna determinuje poszukiwanie nowych sposobów współistnienia „wielu nowoczesności”, a pluralizacja współpracy i zarządzania sprzyja promowaniu „rozproszonego” przywództwa.
Termin „multipleks” może kojarzyć się z metaforą „kina wielosalowego”, w którym oferta dla szerokiego grona odbiorców obejmuje duże spektrum gatunków filmowych, bez jednego reżysera, kontrolującego cały repertuar. Możliwe jest też matematyczne skojarzenie terminu z wielością „fałd” czy „części”, co pozwala nazwać przy jego pomocy porządek oparty na mnogości idei i podmiotów. Wreszcie z mechaniki kwantowej i kosmologii można wywieść koncepcję „multiwersum” (wieloświata), czyli hipotetycznego zbioru wielu równoległych wszechświatów.
W odniesieniu do stosunków międzynarodowych multipleksowość oznacza zarówno wielość uczestników, jak i złożoność interakcji między nimi. Jest analityczną alternatywą dla koncepcji skoncentrowanych na biegunowości. Tę – jak wiadomo - wyznaczają wielkie potęgi, które są wyrazem koncentracji sił, a swoim statusem i potencjałem wpływają na korzystną dla siebie polaryzację systemu międzynarodowego. Coraz więcej ugrupowań konkurencyjnych wobec instytucji zdominowanych przez Zachód, takich jak BRICS+ czy G20, pomaga demontować dotychczasowy porządek, co nie oznacza jednak radykalnej zmiany, a tym bardziej rewolucji w konceptualizacji nowego porządku.
W czasach nowożytnych, począwszy od pokoju westfalskiego 1648 roku, porządki międzynarodowe określano przez pryzmat liczby władczych potęg. Mieliśmy zatem do czynienia z rozmaitymi odsłonami wielobiegunowości w XVIII i XIX stuleciach, po II wojnie światowej – z dwubiegunowością, a po „zimnej wojnie” - z hegemoniczną jednobiegunowością. Były to w rzeczywistości duże uproszczenia, ale spełniały podstawowe funkcje poznawcze i praktyczne. Przede wszystkim przez pryzmat wielkich potęg porządkowano „anarchiczny” system międzynarodowy, narzucając mu reguły przywództwa i hierarchicznej organizacji.
Odrzucenie biegunowości jako kryterium porządkującego strukturę systemu międzynarodowego oznacza, że porządek multipleksowy nie jest definiowany przez hegemonię jednej ideologii czy jednego mocarstwa. USA nie są już w stanie samodzielnie tworzyć reguł i dominować nad instytucjami globalnego zarządzania. Aktywnie uczestniczą na drodze transakcyjnych negocjacji w wypracowywaniu podziału przywództwa między mocarstwami zachodnimi a mocarstwami „wschodzącymi”. Dzięki kooperacyjnym i akomodacyjnym strategiom mocarstw niezachodnich, nowym instytucjom regionalnym, czy wreszcie różnym rodzajom partnerstw między podmiotami publicznymi i prywatnymi, porządek multipleksowy ma szanse uratować system międzynarodowy przed destabilizacją. Wydaje się, że taka nadzieja rodzi się choćby wokół racjonalnych i intensywnych prób załagodzenia konfliktu na Bliskim Wschodzie.
W porządku multipleksowym nie ma jednego centrum decyzyjnego, ani jednej dominującej logiki, organizującej stosunki międzynarodowe. W różnych regionach globu powstają własne porządki (europejski, eurazjatycki, azjatycki, afrykański, latynoski itd.), które nie są prostą kopią liberalnego ładu Zachodu. Tworzą odmienne kombinacje zasad i instytucji, które mogą mieć różne poziomy przestrzenne (globalny, regionalny, subregionalny, sąsiedzki, lokalny, transgraniczny, transnarodowy) i hybrydalny charakter ideologiczny (ani demokratyczny, ani autorytarny).
W drodze do równowagi
Aby uspokoić sceptyków i niedowiarków, wiernych tradycjom realizmu politycznego, konstruktywiści twierdzą, że we współczesnym porządku międzynarodowym mocarstwowe bieguny nie tracą całkiem swojego znaczenia, ale rozkład sił staje się bardziej skomplikowany. Przede wszystkim w ostatnim stuleciu pojawiło się wielu nowych graczy, konkurencyjnych wobec potęg państwowych. Są to niezliczone korporacje i agencje, społeczności i ruchy, a nawet jednostki stojące na czele fundacji czy koncernów medialnych, których interakcje i wpływy są nie do przecenienia i nie poddają się kontroli państw.
To one w wielu przypadkach decydują o tym, że nie ma jednego przejrzystego porządku międzynarodowego. Istnieje raczej „wieloporządek” (Trine Flockhart), będący rezultatem ciągłej fragmentacji i decentralizacji, a zatem wyłaniania się nowych sfer zależności, kontroli i wpływów. Pozwala on badać rolę dystrybucji sił i wzorce interakcji w wielu obszarach problemowych, wykraczających poza geopolitykę (technologie, infrastruktura, sztuczna inteligencja, eksploracja kosmosu i in.).
Koncepcja multipleksowości jest odpowiedzią na mitologizację liberalnego porządku hegemonicznego pod przywództwem USA. Nigdy nie był on porządkiem uniwersalnym w skali globu. Poza nim pozostawały państwa bloku wschodniego, Chiny, Indie, Indonezja i znaczna część państw rozwijających się, kwalifikowanych do tzw. trzeciego świata. Była to wyłącznie konfiguracja graczy zdominowana przez państwa anglosaskie, tj. USA, Wielką Brytanię, Europę Zachodnią i Australię.
Na tle wzrostu gospodarczego Chin czy Indii, które znalazły się w pierwszej piątce gospodarek świata, przyjęło się od jakiegoś czasu pomniejszanie rangi mocarstw zachodnich. Stanowiąc potężne ugrupowanie tzw. zbiorowego Zachodu, w rzeczywistości mają one nadal zdolności mobilizacyjne i są gotowe do użycia swojego potencjału. Sięganie do agresywnych wojen, jak przeciwko Iranowi, pokazuje, że moralne roszczenia dotyczące sprawiedliwości gospodarczej czy zrównoważonego rozwoju ciągle przegrywają ze stosowaniem siły.
Zachodni liberalny model traci jednak monopol normatywny. Rośnie rola reżimów i instytucji tworzonych poza Zachodem. Przy udziale aktorów Globalnego Południa rodzi się nowa sieć powiązań opartych na rozmaitych formach regulacji. Przywracają one pewną symetrię w podejściu do równowagi międzynarodowej i pokoju. W efekcie porządek międzynarodowy zaczyna odzwierciedlać „wielogłos”, coraz większą liczbę kinowych „ekranów” i producentów. Daje to większe możliwości manewru państwom średnim i małym, pod warunkiem, że są one w stanie i mają wolę wyzwolić się z zależności od zachodniocentrycznego, hierarchicznego układu sił.
Państwa opozycyjne wobec Zachodu, będące jednak beneficjentami liberalnej globalizacji (np. Chiny), opowiadają się za „porządkiem mieszanym”, uwzględniającym pragmatyczne rozwiązania w zakresie globalnego zarządzania, z odrzuceniem jednak wszystkich środków liberalnego internacjonalizmu, kojarzących się z przemocą, interwencjonizmem, ekspansją czy dyktatem. Wzrost nastrojów antywojennych nie zapobiegnie wybuchowi kolejnych konfliktów, ale istnieje duża szansa na to, że ze względu na znaczącą pozycję „wschodzących” mocarstw na czele z ChRL, Nigerią czy Turcją zostanie przywrócone zarządzanie oparte na zasadach „pokojowego współistnienia”.
Utrwalone zależności
W świetle powyższej rekonstrukcji podstawowych założeń multipleksowości można przeprowadzić zasadną krytykę tej liberalno-konstruktywistycznej koncepcji z punktu widzenia realizmu politycznego. Jest to dość mętna pod względem poznawczym wizja, będąca wyrazem pewnej życzeniowości, a nawet chciejstwa. Widzimy bowiem, że w sytuacji mobilizacji amerykańskich zasobów ideowych i materialnych w konfliktach tak zróżnicowanych jak Rosja - Ukraina-Zachód, Izrael – Hamas-Hezbollah, czy USA-Izrael – Iran, tzw. Reszta Świata ma niewiele do powiedzenia. A może po prostu nie chce się narażać na szkody? USA pozostają kluczowym mocarstwem pod względem potencjału gospodarczego i przewagi militarnej. Niezależnie od nieprzewidywalności prezydenta Trumpa widać wyraźnie, że dominacja USA jest póki co nie do zakwestionowania. Amerykańska „bestia” nadal ma najwięcej do powiedzenia w zarządzaniu porządkiem międzynarodowym.
Koncepcja multipleksowości nie jest antidotum na tendencje imperialistyczne, do których wracają stare mocarstwa, a nowe bynajmniej się od nich nie odżegnują. Poza tym pluralizm uczestnictwa w stosunkach międzynarodowych nie jest niczym nowym. Ma historię sięgającą średniowiecza, kiedy różne ośrodki potęgi, zwłaszcza cesarstwa i papiestwo zaczęły rywalizować ze sobą o prymat. To wtedy zaistniały całe sieci nieformalnych graczy pozapaństwowych, operujących za kulisami wielkich mocarstw i mających istotny wpływ na ich decyzje.
Wstęp do świata multipleksu – podobnie jak do kina multipleksowego – jest możliwy wyłącznie dla tych, którzy są w stanie za to zapłacić. Otóż nowi aktorzy Globalnego Południa i ich peryferyjne elity są na tyle przesiąknięte koncepcjami neoliberalnymi i zależnościami materialnymi, że z łatwością integrują się w ramach istniejących hierarchii. W sumie dochodzi do utrwalania dotychczasowych zależności i tworzenia nowych, zamiast budowania ogniw autonomicznych.
Ważnym zjawiskiem w stosunkach międzynarodowych są transnarodowe sieci elit, które zawłaszczają procesy demokratyczne w poszczególnych państwach. Przypadek Unii Europejskiej jest szczególnie pouczający, gdyż jej interwencje w procesy wyborcze i legitymizację władzy w poszczególnych państwach członkowskich (i poza nimi) dowodzą determinacji w obronie „kolesiowskiego” kapitalizmu oraz utrzymania kompradorskich, sprzedajnych i lojalistycznych wobec wielkiego kapitału układów sił politycznych.
Koncepcja multipleksowości – mimo narastającego chaosu i zjawisk kryzysowych w świecie – jest optymistyczną wizją systemu międzynarodowego. Bezkrytycznie wspiera uniwersalną wizję współzależności i rosnących wzajemnych powiązań jako panaceum na globalne zarządzanie. Intensywność interakcji być może sprzyja dialogowi międzynarodowemu i negocjowaniu kontraktów, ale nie przekłada się ani na większą samodzielność decyzyjną nowych podmiotów, ani na poszanowanie suwerennej równości państw.
Demokratyzacja w stosunkach międzynarodowych jest fikcją, a dostęp do gremiów konsultacyjnych i zarządzających takich potęg jak Indie czy Brazylia sprowadza się raczej do uznania ich wymiaru „retorycznego”, a nie realnej siły przetargowej. Gdy przystępują one do grona decydentów, nie proponują nowych rozwiązań, lecz odtwarzają utrwalone wzorce dyskryminacji i zależności. Taki stan rzeczy wynika z integrowania się gospodarek „wschodzących” z globalnymi instytucjami finansowymi, a to prowadzi do akomodacji wobec polityki neoliberalnej, zamiast do jej kwestionowania. Wiara konstruktywistów w to, że większy udział w procesach zarządzania automatycznie prowadzi do przyjmowania bardziej sprawiedliwych rozwiązań jest dowodem naiwności, a nie realizmu.
Metody utrzymania władzy
Na Zachodzie doskonale opanowano metody kooptacji i asymilacji członków elit w państwach kontestujących liberalne reguły gry. Abstrahując od radykalnych posunięć w postaci fizycznej likwidacji oponentów (np. w Iranie, Iraku czy Libii), władze i instytucje świata zachodniego (np. Bank Światowy czy Komisja Trójstronna) postawiły już w latach siedemdziesiątych ub. wieku na stosowanie ofert i przynęt „wiązanych”, na przykład strategii pożyczek bankowych uwarunkowanych reformami rynkowymi. (Później nadano temu kanoniczny charakter Konsensusu waszyngtońskiego). Trudno nie wspomnieć o roli rozmaitych funduszy celowych w budżetach USA i innych potęg.
Rozpoznanie choćby polityki stypendialnej rządów państw zachodnich, wspomaganych przez liczne organizacje pozarządowe, daje pogląd, jak głęboko zostały spenetrowane elity państw, będących beneficjentami i akceptorami dóbr oferowanych przez Zachód. Co szczególnie wstydliwe, w hierarchizowaniu odbiorców zachodniej protekcji niemałą rolę odegrały rasistowskie wyobrażenia o wyższości „naturalnej elity światowej”, którą stopniowo należy poszerzać o przedstawicieli mocarstw regionalnych. Problem dyskryminacji petentów i klientów państw zachodnich ze względu na różnice kulturowe oczekuje także w Polsce na odkrycie i dogłębną ocenę.
Dzielenie się przywództwem w stosunkach międzynarodowych, jak uczy doświadczenie historyczne, jest zawsze funkcją podziału potęgi i władzy (wpływów). Ocena twórcy koncepcji multipleksowości, że spontanicznie – z woli dotychczasowych mocarstw – zrodzi się przywództwo kolektywne czy rozproszone, jest wyrazem naiwności i idealizmu. Bliższy ogląd BRICS+ wyraźnie wskazuje, że państwa tworzące to ugrupowanie z łatwością godzą się na funkcjonowanie w ramach globalnego kapitalizmu, przynoszącego przede wszystkim mocarstwom zachodnim nieograniczone zyski. Wystarczy zauważyć, że szacowany udział dolara amerykańskiego w rezerwach walutowych państw należących do BRICS+ sięga nawet 50-60%, co stanowi problem strukturalny gospodarki światowej, uniemożliwiający szybką ucieczkę od dominacji tej waluty.
Choć współczesny porządek międzynarodowy jest ciągle legitymizowany przez przywództwo świata zachodniego (anglosaskie poczucie wyjątkowości), to jednak na naszych oczach rodzi się hybrydalny układ globalnej władzy, która opiera się jednocześnie na zmiennych układach o charakterze kooperacyjnym, konkurencyjnym, a nawet konfliktowym. W tym sensie – żeby być w miarę obiektywnym i sprawiedliwym w ocenie - koncepcja multipleksowości pozwala lepiej zrozumieć przechodzenie współczesnego systemu międzynarodowego przez fazę złożonej transformacji na różnych poziomach i w różnych kręgach globalnego zarządzania.
Niezależnie od wszystkich wad i słabości multipleksowości, najbliższa przyszłość upłynie pod znakiem głębokich przetasowań w systemie międzypaństwowym. Jawne i ukryte konflikty interesów będą determinować, jak dzieje się od czasów najdawniejszych, porządek międzynarodowy. A analizy narastającego ryzyka wybuchu otwartego konfliktu zbrojnego między mocarstwami pomogą zrozumieć, dlaczego elity Globalnego Południa będą zarówno wspierać, jak i kwestionować przywódczą potęgę Stanów Zjednoczonych.
Negatywny wymiar koncepcji multipleksowości pokazuje, że pozostając w obrębie porządku liberalnego, naprawdę sprzyja ona wzmacnianiu hegemonii mocarstw zachodnich poprzez niezdecydowanie, służalczość i klientelizm uczestników peryferyjnych. „Stare” mocarstwa póki co nie zamierzają zejść z piedestału potęgi, stojąc na straży ukształtowanego przez stulecia fundamentalnego systemu nierówności. W sposób cyniczny i bezwzględny będą dążyć do ciągłego poszerzania panującej oligarchii poprzez wchłanianie i podporządkowywanie wszelkimi możliwymi sposobami elit spoza swojego ekskluzywnego grona.
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 771
Ten tekst jest filozoficzną refleksją na temat ataku na Wenezuelę i operacji zmiany reżimu w Iranie – pisze w Ria.ru (4.01.26) rosyjski filozof, geopolityk i historyk religii, prof. Aleksander Dugin.
Jestem pewien, że teraz, patrząc na to, co dzieje się w polityce globalnej, wszyscy w końcu zdali sobie sprawę, że prawo międzynarodowe już nie istnieje. Ono już nie istnieje.
Prawo międzynarodowe to traktat między mocarstwami, który umożliwia obronę ich suwerenności w praktyce. To one określają zasady – dla siebie i dla wszystkich innych – dotyczące tego, co jest, a co nie jest dozwolone. I ich przestrzegają. Takie prawo funkcjonuje taktownie, o ile zachowana jest równowaga między mocarstwami.
System westfalski
System westfalski, uznający suwerenność państw narodowych, zrodził się z impasu między katolikami a protestantami (do których dołączyła antyimperialna Francja). Gdyby katolicy zwyciężyli, Stolica Apostolska i Święte Cesarstwo Rzymskie stworzyłyby zupełnie inną architekturę europejską. A raczej zachowałyby starą, średniowieczną.
W pewnym sensie to protestanci z Europy Północnej odnieśli korzyści z pokoju westfalskiego z 1648 roku, ponieważ początkowo walczyli o monarchie narodowe przeciwko papieżowi i cesarzowi. Choć nie odnieśli bezpośredniego zwycięstwa, to i tak osiągnęli swój cel.
Formalnie system westfalski przetrwał do dziś, ponieważ opieramy prawo międzynarodowe na zasadzie państw narodowych, na której protestanci nalegali podczas wojny trzydziestoletniej. W istocie jednak, nawet w XVII wieku, dotyczyło to jedynie państw europejskich i ich kolonii, a później nie każde państwo narodowe posiadało prawdziwą suwerenność. Wszystkie narody są równe, ale narody europejskie (wielkie mocarstwa) były „równiejsze od innych”.
Realizm polityczny
Uznanie suwerenności narodowej państw słabych wiązało się z pewną dozą hipokryzji, ale zostało to w pełni zniwelowane przez teorię realizmu. Teoria ta ukształtowała się dopiero w XX wieku, ale odzwierciedlała ugruntowany obraz stosunków międzynarodowych. W tym przypadku nierówność państw jest równoważona możliwością tworzenia koalicji i szachownicowym układem sojuszy – państwa słabe zawierają porozumienia z państwami silniejszymi, aby przeciwdziałać potencjalnej agresji ze strony innych, silniejszych państw. Tak działo się i nadal dzieje się w praktyce.
Liga Narodów dążyła do nadania prawu międzynarodowemu, opartemu na systemie westfalskim, bardziej zdecydowanego charakteru, próbując częściowo ograniczyć suwerenność i ustanowić, na gruncie zachodniego liberalizmu, pacyfizmu i pierwotnej wersji globalizmu, uniwersalne zasady, których wszystkie kraje – duże i małe – były zobowiązane przestrzegać. W istocie Liga Narodów została pomyślana jako pierwsze przybliżenie do rządu światowego. To właśnie wtedy ostatecznie ukształtowała się liberalna szkoła stosunków międzynarodowych, rozpoczynając długą debatę z realistami. Liberałowie wierzyli, że prawo międzynarodowe prędzej czy później zastąpi zasadę całkowitej suwerenności państw narodowych i doprowadzi do stworzenia jednolitego systemu międzynarodowego. Realiści w stosunkach międzynarodowych nadal obstawali przy swoim, broniąc zasady absolutnej suwerenności państw narodowych – bezpośredniego dziedzictwa pokoju westfalskiego.
II wojna światowa i trzy ideologie suwerenności
Jednak w latach 30. XX wieku stało się jasne, że ani liberalizm Ligi Narodów, ani nawet sam system westfalski nie odpowiadały równowadze sił w Europie i na świecie. Dojście nazistów do władzy w Niemczech w 1933 roku, inwazja faszystowskich Włoch na Etiopię w 1937 roku oraz wojna ZSRR z Finlandią w 1939 roku skutecznie ją zniszczyły, nawet formalnie. Chociaż oficjalnie została rozwiązana dopiero w 1946 roku, pierwsza próba ustanowienia prawa międzynarodowego jako systemu powszechnie obowiązującego spaliła na panewce już w latach 30. XX wieku.
W istocie, w latach 30. XX wieku wyłoniły się trzy bieguny suwerenności – tym razem oparte wyłącznie na cechach ideologicznych. Teraz liczyła się nie formalna suwerenność, lecz rzeczywisty potencjał każdego bloku ideologicznego. II wojna światowa była właśnie sprawdzianem żywotności wszystkich trzech obozów.
Jeden obóz jednoczył kraje burżuazyjno-kapitalistyczne – przede wszystkim Anglię, Francję i Stany Zjednoczone. Był to obóz liberalny, lecz nieuchronnie pozbawiony wymiaru internacjonalistycznego. Liberałowie byli zmuszeni bronić swojej ideologii w obliczu dwóch potężnych przeciwników – faszyzmu i komunizmu. Jednak ogólnie – z wyjątkiem słabego ogniwa, Francji, która szybko skapitulowała zaraz po wybuchu II wojny światowej – blok burżuazyjno-kapitalistyczny wykazał się wystarczającym poziomem suwerenności: Anglia nie padła ofiarą nazistowskich Niemiec, a Stany Zjednoczone dość skutecznie walczyły z Japonią na Pacyfiku.
Drugim obozem był europejski faszyzm, który zyskał na sile szczególnie podczas hitlerowskiego podboju Europy Zachodniej. Niemal wszystkie kraje europejskie zjednoczyły się pod sztandarem narodowego socjalizmu. W tej sytuacji suwerenność – nawet dla reżimów sprzyjających Hitlerowi (takich jak faszystowskie Włochy czy Hiszpania Franco) – nie wchodziła w grę. Niektóre kraje (Portugalia Salazara, Szwajcaria itd.) mogły osiągnąć jedynie warunkową neutralność. Suwerenność posiadały jedynie Niemcy, a dokładniej hitleryzm jako ideologia.
Trzeci obóz reprezentował ZSRR i choć był to tylko jeden kraj, opierał się na ideologii – marksizmie-leninizmie. Ponownie, chodziło tu nie tyle o narodowość, co o formację ideologiczną.
W latach 30. XX wieku prawo międzynarodowe, którego najnowszą wersją był Traktat Wersalski i Liga Narodów, upadło. Teraz o wszystkim decydowała ideologia i siła.
Co więcej, każda z ideologii miała własną wizję przyszłego kształtu świata i w związku z tym działała w oparciu o własną wersję prawa międzynarodowego.
ZSRR wierzył w rewolucję światową i zniesienie państw (jako zjawiska burżuazyjnego), co stanowiło marksistowską wersję globalizacji i proletariackiego internacjonalizmu.
Hitler proklamował „tysiącletnią Rzeszę” z globalną dominacją Niemiec i „rasy aryjskiej”. Nie przewidywano żadnej suwerenności dla nikogo poza globalnym narodowym socjalizmem.
Jedynie burżuazyjno-kapitalistyczny – w istocie czysto anglosaski – Zachód podtrzymywał swoje przywiązanie do systemu westfalskiego, mając nadzieję na przejście do liberalnego internacjonalizmu, a ostatecznie do rządu światowego. W rzeczywistości Liga Narodów, formalnie zachowana, lecz nieistniejąca, była wówczas pozostałością dawnego globalizmu i prototypem tego, co miało nadejść.
W każdym razie prawo międzynarodowe zostało „zawieszone” – w zasadzie zniesione. Rozpoczął się okres przejściowy, w którym jedynym decydującym czynnikiem było połączenie ideologii i siły, co należało udowodnić na polu bitwy.
W ten sposób dotarliśmy do II wojny światowej jako kulminacji tego starcia sił – ideologii. Prawo międzynarodowe przestało istnieć.
Konkretny rezultat brutalnej i ideologicznej konfrontacji między liberalizmem, faszyzmem i komunizmem doprowadził do obalenia jednego z jego biegunów – europejskiego narodowego socjalizmu. Burżuazyjny Zachód i antyburżuazyjny, socjalistyczny Wschód utworzyły koalicję antyhitlerowską i wspólnie (przy znaczącej roli ZSRR) zniszczyły faszyzm w Europie.
Świat powojenny i system bipolarny
W 1945 roku powołano do życia Organizację Narodów Zjednoczonych, która stała się fundamentem nowego systemu prawa międzynarodowego. Było to po części odrodzenie Ligi Narodów, ale jednocześnie gwałtowny wzrost potęgi ZSRR, który ustanowił pełną kontrolę ideologiczną i polityczną nad Europą Wschodnią (i Prusami Zachodnimi – NRD), wprowadził do systemu suwerenności narodowej element wyraźnie ideologiczny. Prawdziwym nosicielem suwerenności był obóz socjalistyczny, którego państwa zjednoczyły się militarnie w Układzie Warszawskim, a gospodarczo w Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG). Nikt w tym obozie nie był suwerenny poza Moskwą, a co za tym idzie – KPZR.
Na biegunie burżuazyjno-kapitalistycznym zachodził proces zasadniczo symetryczny. Stany Zjednoczone stały się teraz rdzeniem suwerennego liberalnego Zachodu. W świecie anglosaskim centrum i peryferie zamieniły się miejscami – przywództwo przeszło teraz z Wielkiej Brytanii w ręce Waszyngtonu. Kraje Europy Zachodniej, a szerzej – obóz kapitalistyczny, znalazły się w pozycji amerykańskich wasali. Zostało to ugruntowane przez utworzenie NATO i przekształcenie dolara w globalną walutę rezerwową.
ONZ ustanowiła system prawa międzynarodowego formalnie oparty na uznaniu suwerenności, ale w rzeczywistości na równowadze sił między zwycięzcami II wojny światowej. Tylko Waszyngton i Moskwa były prawdziwie suwerenne. W ten sposób model powojenny zachował związek z ideologią, obalając narodowy socjalizm, ale znacząco wzmacniając obóz socjalistyczny.
To był świat bipolarny, rzutujący swoje wpływy na resztę planety. Wszystkie państwa, w tym niedawno wyzwolone kolonie Globalnego Południa, stanęły przed wyborem: który z dwóch modeli ideologicznych przyjąć. Jeśli wybrały kapitalizm, oddawały suwerenność Waszyngtonowi i NATO. Jeśli wybrały socjalizm, oddawały ją Moskwie.
Ruch Państw Niezaangażowanych próbował utworzyć trzeci biegun, ale brakowało mu zarówno zasobów ideologicznych, jak i sił, aby tego dokonać.
Okres powojenny ustanowił system prawa międzynarodowego oparty na faktycznej równowadze sił między dwoma obozami ideologicznymi. Suwerenność narodowa została formalnie uznana, ale nie w praktyce. Zasada westfalska została nominalnie zachowana. W rzeczywistości o wszystkim decydowała równowaga sił między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi i ich satelitami.
System unipolarny
W 1989 roku, w okresie upadku ZSRR, spowodowanego destrukcyjnymi reformami Gorbaczowa, blok wschodni zaczął się rozpadać, a w 1991 roku ZSRR się rozpadł. Byłe kraje socjalistyczne przejęły ideologię swoich zimnowojennych przeciwników. Narodził się świat jednobiegunowy.
Oznaczało to, że prawo międzynarodowe również przeszło jakościową zmianę. Teraz pozostał tylko jeden suwerenny autorytet, który stał się globalny: Stany Zjednoczone, czyli kolektywny Zachód. Jedna ideologia, jedno mocarstwo: kapitalizm, liberalizm, NATO. Zasada suwerenności państwa narodowego i sama ONZ stały się reliktami przeszłości, tak jak niegdyś Liga Narodów. Prawo międzynarodowe było teraz ustanawiane przez tylko jeden biegun – zwycięzców zimnej wojny. Pokonani (dawny obóz socjalistyczny, a przede wszystkim ZSRR) przyjęli ideologię zwycięzców, w istocie uznając swoją wasalizację wobec kolektywnego Zachodu.
W tej sytuacji liberalny Zachód dostrzegł historyczną szansę połączenia międzynarodowego porządku liberalnego z zasadą hegemonii przymusu. Wymagało to dostosowania prawa międzynarodowego do realnego stanu rzeczy. W ten sposób w latach 90. XX wieku rozpoczęła się nowa fala globalizacji. Oznaczało to bezpośrednie podporządkowanie państw narodowych organowi ponadnarodowemu (rządowi światowemu) i ustanowienie nad nimi bezpośredniej kontroli przez Waszyngton, który stał się stolicą świata.
Unia Europejska została stworzona właśnie jako model takiego ponadnarodowego systemu dla całej ludzkości. Migranci zostali sprowadzeni masowo właśnie w tym celu – aby pokazać, jak powinna wyglądać globalna, międzynarodowa ludzkość przyszłości.
W tej sytuacji ONZ straciła swój sens. Po pierwsze, opierała się na zasadzie suwerenności narodowej (która już niczemu nie odpowiadała). Po drugie, szczególna pozycja ZSRR i Chin oraz ich miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ były reliktem ery bipolarnej.
Dlatego Waszyngton zaczął mówić o stworzeniu nowego – otwarcie jednobiegunowego – systemu stosunków międzynarodowych, nazwanego „Ligą Demokracji” lub „Forum Demokracji”.
W tym samym czasie w samych Stanach Zjednoczonych globalizm podzielił się na dwa nurty:
- liberalizm ideologiczny, czysty internacjonalizm (Soros ze swoim „Społeczeństwem Otwartym”, USAID, agenda „woke” itd.);
- bezpośrednia hegemonia amerykańska przy wsparciu NATO (neokonserwatystów).
W istocie oba podejścia były bardzo zbliżone, lecz zgodnie z pierwszym priorytetem głównym jest globalizacja i pogłębianie liberalnej demokracji we wszystkich krajach świata, drugie zaś ma na celu zapewnienie Stanom Zjednoczonym bezpośredniej kontroli nad całym terytorium świata na szczeblu militarno-politycznym i gospodarczym.
Wzrost wielobiegunowości
Jednakże przejście od modelu bipolarnego do unipolarnego nigdy w pełni nie nastąpiło, pomimo zaniku jednego z biegunów ideologicznych/władzy. Zostało to utrudnione przez równoczesny wzrost Chin i Rosji pod rządami Putina, kiedy to zarysy zupełnie innej architektury globalnej – multipolarności – zaczęły się wyraźnie wyłaniać. Nowa siła wyłoniła się spośród globalistów (zarówno lewicy – czystych liberalnych internacjonalistów – jak i prawicy – neokonserwatystów). Choć nie została jeszcze jasno zdefiniowana ideologicznie, odrzuciła ona jednak ideologiczny wzorzec liberalno-globalistycznego Zachodu. Ta początkowo niejasna siła zaczęła bronić ONZ i sprzeciwiać się ostatecznemu ukształtowaniu się unipolarności, czyli przekształceniu władzy i ideologicznego status quo (rzeczywistej dominacji kolektywnego Zachodu) w odpowiadający jej system prawny.
Znaleźliśmy się więc w sytuacji przypominającej chaos. Okazało się, że obecnie na świecie działa jednocześnie pięć systemów operacyjnych dla stosunków międzynarodowych, tak niekompatybilnych, jak oprogramowanie różnych producentów.
Z powodu bezwładności ONZ prawo międzynarodowe uznaje suwerenność państw narodowych, która w rzeczywistości utraciła swoją ważność około sto lat temu i funkcjonuje jako urojona kończyna. Jednak suwerenność jest nadal uznawana i niekiedy staje się przedmiotem sporu w polityce międzynarodowej.
Ponadto, z powodu bezwładności, niektóre instytucje zachowują pozostałości dawno zanikłego systemu bipolarnego. Nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością, ale od czasu do czasu daje o sobie znać – na przykład w kwestii parytetu nuklearnego między Rosją a Stanami Zjednoczonymi.
Zachód w kolektywny sposób nadal dąży do globalizacji i do rządu światowego. Oznacza to, że wszystkie państwa narodowe są proszone o oddanie swojej suwerenności instytucjom ponadnarodowym, takim jak Międzynarodowy Trybunał Praw Człowieka czy Trybunał Haski. Unia Europejska domaga się, by być wzorem dla całego świata w zakresie wymazywania wszelkich tożsamości zbiorowych i pożegnania się z państwowością narodową.
Stany Zjednoczone – zwłaszcza pod rządami Trumpa – pod wpływem neokonserwatystów, działają jako jedyny hegemon, uznając wszystko, co leży w interesie Ameryki, za „słuszne”. To mesjanistyczne podejście jest częściowo sprzeczne z globalizmem, ignorując Europę i internacjonalizm, ale jednocześnie nalega na deuberyzowanie wszystkich państw – po prostu na mocy prawa siły.
Wreszcie, kontury świata wielobiegunowego stają się coraz wyraźniejsze, gdzie suwerenność sprawuje państwo cywilizacyjne, takie jak współczesne Chiny, Rosja czy Indie. Wymaga to innego systemu prawa międzynarodowego. BRICS lub inne regionalne platformy integracyjne mogłyby służyć jako prototyp takiego modelu – bez udziału Zachodu (który wnosi własne, bardziej wyraziste i sztywne modele).
Wszystkie pięć systemów działa jednocześnie i, naturalnie, koliduje ze sobą, powodując ciągłe zakłócenia, konflikty i sprzeczności. Następuje naturalne zwarcie sieci, co stwarza wrażenie chaosu lub po prostu braku jakiegokolwiek prawa międzynarodowego. Jeśli istnieje pięć wzajemnie wykluczających się systemów prawa międzynarodowego działających jednocześnie, to w istocie nie ma żadnego.
Na skraju przepaści
Wniosek z tej analizy jest dość alarmujący. Takie sprzeczności na poziomie globalnym, tak głęboki konflikt interpretacji, prawie nigdy w historii (szczerze mówiąc, nigdy) nie zostały rozwiązane pokojowo. Ci, którzy odmawiają walki o własny porządek świata, ponoszą natychmiastową porażkę. I będą musieli walczyć o czyjś porządek świata, ale jako wasale.
Dlatego III wojna światowa jest bardziej niż prawdopodobna. I bardziej prawdopodobna w 2026 roku niż w 2025 roku lub wcześniej. To nie znaczy, że jesteśmy skazani na zagładę; to po prostu oznacza, że znajdujemy się w bardzo trudnej sytuacji.
Z definicji wojna światowa dotyczy wszystkich lub prawie wszystkich – dlatego jest wojną światową. Ale każda wojna światowa ma swoich głównych uczestników.
Dziś są oni kolektywnym Zachodem w obu jego odsłonach (liberalno-globalistycznej i hegemonicznej), a także wschodzącymi biegunami świata wielobiegunowego: Rosją, Chinami i Indiami.
Cała reszta to na razie tylko narzędzia.
Zachód ma ideologię, podczas gdy świat wielobiegunowy jej nie ma. Sama wielobiegunowość już się powszechnie ujawniła, ale ideologicznie wciąż nie została sformalizowana.
Jeśli nie ma prawa międzynarodowego, a obrona Traktatu Pokojowego z Jałty, dawnej ONZ i bezwładności dwubiegunowości jest z natury niemożliwa, musimy opracować własny, nowy system prawa międzynarodowego. Chiny podejmują pewne wysiłki w tym kierunku (Wspólnota Wspólnego Przeznaczenia), Rosja w mniejszym stopniu (wyjątki obejmują teorię świata wielobiegunowego i Czwartą Teorię Polityczną). Ale to ewidentnie nie wystarcza.
Być może w tym roku będziemy musieli uczestniczyć w globalnej walce wszystkich ze wszystkimi, w trakcie której ustalona zostanie przyszłość, odpowiadający jej porządek świata i system prawa międzynarodowego. Obecnie ich nie ma. Ale musi istnieć prawo międzynarodowe, które pozwoli nam być tym, czym mamy być – państwem-cywilizacją, światem rosyjskim. To właśnie musimy zrozumieć jak najszybciej.
Aleksander Dugin
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 886
Zajęci wewnętrznymi sporami, walką z kataklizmem powodzi i gorliwym zaangażowaniem w wojnę na Ukrainie rządzący w Polsce tracą z pola widzenia głębokie zmiany w światowej gospodarce i geopolityce. Okazją do głębszej refleksji była wizyta w Polsce premiera Indii Narendry Modiego, ale poza deklaracjami na temat ożywienia stosunków dwustronnych nie poszerzyła ona perspektywy globalnej polskich decydentów.
Tymczasem właśnie Indie pokazują, jak na naszych oczach kończy się epoka eksploatacji i wyzysku państw najsłabszych; jak wiele z państw tzw. Południa wydostaje się z biedy i niedostatku, budując podstawy konkurencji technologicznej z najbardziej rozwiniętymi potęgami Zachodu. Te ostatnie muszą się liczyć z nowymi regułami gry. Zamiast ciągłej rywalizacji i walki czy to o zasoby surowcowe, czy zyski w handlu międzynarodowym, państwa zachodnie są zmuszone zbudować nowy, postliberalny ład oparty na zasadach koegzystencji. Wyzwaniem staje się przebudowa modelu koncentracji bogactwa społecznego w ręku nielicznych dysponentów, obojętnych na zagrożenia planety i niepewne losy ludzkości.
Już od ponad dwu dekad narasta sprzeciw wobec „liberalnego internacjonalizmu”, jaki stał się synonimem zglobalizowanego porządku międzynarodowego pod egidą Stanów Zjednoczonych. Jego wyróżnikiem jest preferowanie gospodarki wolnorynkowej i swobodnego handlu w skali globu, promowanie wzorów demokracji przedstawicielskiej, umacnianie wspólnego bezpieczeństwa i obrona praw człowieka, pojmowanych według koncepcji indywidualistycznej. Nie trzeba dowodzić, że te reguły i wartości najbardziej odpowiadają kilkudziesięciu państwom wysoko rozwiniętego kapitalizmu, a to Stanom Zjednoczonym, ich akolitom i klientom – od Kanady, Australii, przez Europę Zachodnią, po Japonię i Azję Południowo-Wschodnią oraz Amerykę Łacińską.
Porządek ten od początku miał charakter amerykanocentryczny i był wynikiem osławionej „unipolarnej chwili” (Charles Krauthammer), którą wywołało zniknięcie ZSRR i bloku wschodniego. W globalnym zarządzaniu liczyły się przede wszystkim instytucje zdominowane przez Zachód (Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Światowa Organizacja Handlu, ONZ i jej agendy, G-7/8, G-20). Część państw pokomunistycznych, a nawet komunistyczne Chiny zaakceptowały znaczenie tych instytucji w gospodarce światowej, choć nie wszystkie godziły się na zmiany ustroju politycznego.
Walka o suwerenność
Rosja po nieudanych eksperymentach z demokracją i gospodarką wolnorynkową w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku stoczyła się na skraj upadku. Objęcie władzy przez Władimira Putina i dobra koniunktura na rynku ropy naftowej i gazu ziemnego pozwoliły jej skonsolidować gospodarkę i wejść na ścieżkę dynamicznego wzrostu. Umocnienie pozycji międzynarodowej ośmieliło Putina do przeciwstawienia się ekspansji Zachodu i postawienia na obronę suwerenności. Zbiegło się to z pogarszaniem stosunków rosyjsko-amerykańskich.
ChRL wybrała własną drogę reformowania swojego ustroju. Nie ustępując w sprawach ideologicznych, Chiny szeroko rozwijały handel z państwami zachodnimi (ideologiczna sztywność i elastyczny pragmatyzm). W USA zapanował idealistyczny pogląd, że włączanie chińskiej gospodarki w procesy współzależności globalnych spowoduje wewnętrzną liberalizację systemu politycznego. Powstanie klasy średniej miało stanowić dźwignię stopniowego otwierania się Chin na świat. Nie przewidziano, że nowa chińska burżuazja nie tylko nie zaakceptuje demokracji przedstawicielskiej na wzór społeczeństw zachodnich, ale stanie się obrońcą ideologii nacjonalistycznej, umocnienia władzy partii komunistycznej oraz modernizacji potęgi militarnej. W rezultacie Chiny wyrosły na największego oponenta Ameryki.
Wyłanianie się nowych ośrodków siły sprzyjało podważeniu monocentryzmu w globalnym zarządzaniu oraz tamowaniu pretensji władczych USA. Wyraziło się to przede wszystkim w krytyce tzw. konsensusu waszyngtońskiego, mechanizmu, który oznaczał konieczność dostosowania się do reguł dyktowanych przez Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Światową Organizację Handlu i Ministerstwo Skarbu USA. Nakazywały one obniżanie barier taryfowych, deregulację rynków, swobodny przepływ kapitału, likwidację przeszkód dla inwestycji bezpośrednich, prywatyzację przedsiębiorstw państwowych i in.
Okazało się, że korzyści z tego programu wyniosły przede wszystkim bogate państwa Zachodu, na co wskazywał noblista w dziedzinie ekonomii Joseph E. Stiglitz. Wiele państw przystępujących do „konsensusu” nie było przygotowanych do liberalizacji, narzucanej odgórnie, stąd zrodził się oczywisty sprzeciw. Jego wyrazem był – per analogiam - tzw. konsensus pekiński, który bronił kapitalizmu państwowego i podkreślał rolę państwa w stanowieniu warunków dla wzrostu gospodarczego. Lokalny kapitał nie jest w stanie konkurować z wielkimi korporacjami bez wsparcia ze strony państwa. Dlatego potrzebna jest kontrola nad przepływami kapitału i działaniami inwestorów zagranicznych. Efektem przyjęcia selektywnych reguł gry wolnorynkowej stało się opowiedzenie Chin, a także Rosji za pozostawieniem pod kontrolą państwa strategicznych sektorów gospodarki, bez rezygnacji z prywatyzacji pozostałych.
Z liberalnej demokracji do liberalnego totalizmu
Nie ulega wątpliwości, że duża część państw tzw. Południa stała się beneficjentami liberalizacji gospodarczej. Przepływy kapitału, włączanie w globalne łańcuchy dostaw, upowszechnianie standardów jakości produkcji, czy dostęp do nowoczesnych licencji i technologii stanowiły wartość dodaną internacjonalizacji.
Gorzej było z przejmowaniem wzorów ustrojowych liberalnej demokracji, które traciły na wiarygodności ze względu na kryzys instytucji ustrojowych w państwach samego Zachodu. Okazuje się, że demokracja liberalna nie potrafi obronić się przed falami populizmu i ciągot autorytarnych swoich liderów. Przypadek Donalda Trumpa w USA jest obecnie najczęściej przywoływany jako przestroga, a degradacja rozmaitych instytucji praworządności i reprezentacji w różnych państwach, w tym w Polsce, prowokuje do przypominania zakurzonych haseł o „demokracji walczącej” (Donald Tusk).
W ujęciu niemieckiego filozofa i prawnika Karla Loewensteina (1891-1973), po doświadczeniach z legalnym dojściem Hitlera do władzy, koncepcja demokracji walczącej ma uruchamiać środki prewencyjne i antycypacyjne (represje, cenzura, delegalizacja, ograniczenia praw i wolności) wobec wszystkich, którzy zagrażają demokracji liberalnej. Arbitralność władz w określaniu, kto jest wrogiem demokracji, prowadzi do „liberalnego totalizmu” i oznacza faktycznie jej koniec.
Na przykładzie ewolucji ustrojowej państw zachodnich, która wskazuje wyraźnie na erozję „starych wzorów”, ukształtowanych w okresie ostatnich trzech stuleci, widać wyraźnie, że system międzynarodowy państw ulega głębokiej dyferencjacji. Choć Stany Zjednoczone postawiły sobie za cel zwalczanie dyktatur autorytarnych i totalitarnych, to jednak same nie są w stanie zapobiec degradacji własnych instytucji demokratycznych. Zachód traci swoją wiarygodność i atrakcyjność ustrojową. Wykorzystują to nie tylko członkowie BRICS. Wśród państw kontestujących wartości liberalizmu politycznego jest coraz więcej państw w różnych częściach globu. Rosja, Chiny, a nawet Indie są tylko najbardziej znaczącymi pośród nich.
Zamiast globalizacji - regionalizacja
Można śmiało stwierdzić, że wejście na scenę mocarstw regionalnych rozpoczęło erę odwrotu od globalizacji na warunkach zachodnich. Oznaczało z jednej strony możliwość przywrócenia równoważenia sił w strategii Rosji i Chin wobec Zachodu, a z drugiej zdolność konsolidacji wysiłków organizacyjnych na rzecz rozwiązywania problemów ważnych dla poszczególnych regionów. Efektem był rozwój „kontestowanego” multilateralizmu, czyli koordynacji stosunków wzajemnych w gronie trzech i więcej państw. Jego istotną cechą stało się uzgadnianie polityk na podstawie wspólnie przyjętych założeń, co oznacza tworzenie alternatywnych „reżimów międzynarodowych”.
Na tym tle pojawiały się rozmaite pomysły tworzenia związków trójstronnych. Była to inicjatywa „trójkąta” Rosja-Indie-Chiny (RIC), zgłoszona przez premiera Rosji Jewgienija Primakowa, podczas jego wizyty w Indiach w 1998 r., zmaterializowana podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych tych trzech państw w Nowym Jorku, przy okazji posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 2001 r., czy „trójkąt” Indie-Brazylia-RPA (IBSA), państw poszukujących w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku sposobów na ustabilizowanie swojego wzrostu gospodarczego.
Ważnym spoiwem dla łączenia się tych państw w swoiste „kluby wsparcia” były ich negatywne doświadczenia, związane z zachodnimi imperializmami, od epoki kolonializmu począwszy. Nie dziwi więc, że głęboko tkwiące urazy oraz wspólna niechęć do mechanizmów globalnego zarządzania, zdominowanych przez mocarstwa zachodnie, skłoniła je do podjęcia unikalnej formy współpracy.
Paradoksalnie, pewnym katalizatorem tworzenia odrębnego ugrupowania było zaproszenie przez francuskiego prezydenta Jacquesa Chiraca na szczyt G-8 w Evian w 2003 r. przedstawicieli Indii i Brazylii. W rezultacie wyłoniła się grupa pięciu państw - Outreach Five (O-5), zapraszanych na kolejne konsultacje z G8. Na początku w składzie „piątki” był także Meksyk. Jego miejsce zajęła później RPA. Bogate państwa Zachodu zdawały sobie sprawę, że bez konsultacji w szerszym gronie z przedstawicielami Globalnego Południa nie da się utrzymać stabilnego wzrostu. W konsolidacji przyszłego ugrupowania pomógł także kryzys finansowy lat 2007/2008.
Ideowym zwiastunem powstanianowej formacji był raport Goldman Sachs, amerykańskiej firmy bankowo-inwestycyjnej, pt.„Building Better Global Economic BRIC” w 2001 r., w którym ekonomista Jim O’Neill wyraził pogląd, że takie państwa jak Brazylia, Rosja, Indie i Chiny (stąd akronim BRIC) swoją dynamiką rozwoju i wzrostu gospodarczego rzucą wyzwanie gospodarkom Zachodu w przewidywalnej przyszłości. Od początku zatem, a tym bardziej po dołączeniu Republiki Południowej Afryki w 2011 r. (South Africa), zaczęto to ugrupowanie kojarzyć z reprezentacją Globalnego Południa. Nie zastąpiło ono bynajmniej ruchu państw niezaangażowanych, podobnie jak nie przyjęło formy organizacji wyspecjalizowanej, na przykład na wzór OPEC (Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową).
BRICS - nadzieja na lepszy świat
Fenomen BRICS polega na tym, że mimo różnic ustrojowych i kulturowych, a nawet cywilizacyjnych oraz wbrew dystansom geograficznym, udało się powołać taką platformę konsultacyjną państw, które są w stanie zmobilizować swoje ogromne potencjały i rzucić wyzwanie dotychczasowym regułom gry. Wielu niedowiarków podkreśla, że największą przeszkodą w funkcjonowaniu tego gremium jest jego fasadowość, niespójność wewnętrzna i heterogeniczność uczestników. Rzekomym ograniczeniem jest też skupianie się przede wszystkim na wzroście gospodarczym, a ten w różnych państwach wyhamowuje lub jest niestabilny.
Zakres przedmiotowy oddziaływań jest jednak tak szeroki – od zmian klimatycznych i zwalczania terroryzmu, po reformy publicznej służby zdrowia – że nie sposób nie zauważyć rosnącej siły perswazyjnej i alternatywnej oferty wobec reguł narzucanych przez Zachód.
Przede wszystkim państwom tworzącym ugrupowanie udało się w stosunkowo krótkim czasie zademonstrować wolę współpracy, opartej na zdolności wypracowywania kompromisów i dążeniu do utrwalania (rutynizacji) wzorów zachowań, czyli instytucjonalizacji. Wbrew wątpliwościom co do skuteczności tej inicjatywy, okazało się, że jest ona w stanie rzucić wyzwanie nie tylko finansowej dominacji Zachodu, ale zakwestionować dyktowane przez niego warunki w różnych dziedzinach obrotu międzynarodowego.
BRICS stało się wygodną formą konsultacji i wymiany informacji, sprzyja artykułowaniu i reprezentowaniu zbieżnych interesów oraz definiowaniu i łagodzeniu rozbieżności. Warto odnotować, że żadne z państw członkowskich nie potępiło Rosji za jej zaangażowanie w zbrojną konfrontację na Ukrainie. Indie i Chiny nawołują wprawdzie do pokojowego rozwiązania konfliktu, oferując nawet „dobre usługi”, ale w rzeczywistości poprzez intensywną współpracę gospodarczą wzmacniają potencjał rosyjski.
BRICS stanowi więc formę budowania antyhegemonicznej solidarności, a także sposób na umacnianie kolektywnej pozycji w stosunkach międzynarodowych. Należące do tej platformy państwa starają się wzajemnie wspierać pod względem prestiżowym i wizerunkowym oraz umacniać konsensus w odniesieniu do podzielanych norm i idei. Na zasadzie synergii wzmacniają swój status silnych graczy międzynarodowych oraz cieszą się ze zbiorowej reputacji z powodu niezwykłej dynamiki wzrostu potęgi.
Państwa BRICS reprezentują 42% światowej populacji, wytwarzają ok. 23% produktu globalnego, zajmują 30% terytoriów Ziemi oraz uczestniczą w 18% w handlu międzynarodowym. Na tle globalnego wzrostu PKB w latach 2008-2017, wynoszącego ok. 1%, wzrost w państwach BRICS wynosił ok. 8%.
Członkom ugrupowania nie chodzi bynajmniej o rewolucyjne posunięcia wobec istniejących instytucji, ale inicjowanie ich reform i zmian (np. w odniesieniu do Rady Bezpieczeństwa ONZ czy MFW z powodu ich niereprezentatywności) lub tworzenie rozwiązań komplementarnych, a nawet alternatywnych, na przykład w systemie rozliczeń walutowych (sojusz antydolarowy). Takie postanowienia zawierała deklaracja pierwszego szczytu BRICS w Jekaterinburgu w 2009 r. Chiny i Rosja są najbardziej krytyczne wobec liberalizmu politycznego, ale nie odrzucają wolnego handlu i liberalizacji gospodarczej. Sprzeciwiają się praktykom zachodniego protekcjonizmu (deklaracja z New Delhi 2021 r.).Są gotowe do ożywienia i odnowienia instytucji wielostronnych, występują też z pomysłami nowych form globalnego zarządzania.
Największą zaletą BRICS jest elastyczność ugrupowania oraz oferta alternatywnych opcji afiliacyjnych dla państw poszukujących dla siebie nie tylko wielowektorowości oddziaływań, ale także większej swobody decyzyjnej. Rozczarowanie obcesowością USA w regulacji rozmaitych problemów regionalnych skłoniło kilka następnych państw, także o orientacji proamerykańskiej, do przystąpienia do ugrupowania. W 2023 r. na szczycie w RPA ogłoszono akcesję od następnego roku Argentyny, Egiptu, Etiopii, Arabii Saudyjskiej, Iranu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Argentyna i Arabia Saudyjska ostatecznie wstrzymały się z decyzją przystąpienia.
Pewnym zaskoczeniem było ogłoszenie chęci przyłączenia do BRICS+ we wrześniu 2024 r. Turcji. Ten ostatni przypadek wyraźnie wskazuje, że dotychczasowe struktury Zachodu – zwłaszcza NATO i Unia Europejska – niekoniecznie zaspokajają oczekiwania takich państw, które ze względu na swoją pozycję geopolityczną i preferencje ustrojowe nie podzielają liberalnych wartości Zachodu.
Potwierdza się zatem przypuszczenie, że BRICS+ zmierza w stronę przeciwważenia Zachodu. Staje się też barierą dla żywiołowej ekspansji globalnego kapitału, który pod szyldem korporacji transnarodowych próbuje spenetrować system międzynarodowy, a w rezultacie uzależnić wiele państw i społeczeństw od centralnego sterowania.
W dziedzinie prawa międzynarodowego państwa BRICS stoją na gruncie poszanowania suwerenności w kontekście nieingerencji w sprawy wewnętrzne państw. Odrzucają koncepcję interwencji humanitarnych mocarstw zachodnich, które stały się przykrywką dla zmian reżimów politycznych. Rosja w dwu przypadkach pokazała zdecydowany sprzeciw (Gruzja, Ukraina), a wraz z Chinami i Indiami protestuje przeciw wtrącaniu się Zachodu w sprawy wewnętrzne Iraku, Syrii, Libii, Afganistanu, czy wreszcie Ukrainy. Są także sceptyczne wobec celów zachodnich interwencji w imię „odpowiedzialności za ochronę”.
Niezależnie od wszystkich niepewności i ryzyk związanych z policentryzacją systemu międzynarodowego, przed polskimi politykami leży poważne wyzwanie, aby w strategii międzynarodowej państwa dostrzegli ogromne szanse wynikające z przetasowania sił w stosunkach międzynarodowych. Tej percepcji nie powinna zakłócać atawistyczna wrogość wobec Rosji.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Szczegóły
- Autor: Stanisław Bieleń
- Odsłon: 3440
Polityka wschodnia - wiecznej urazy (2)
Polacy w większości pozostają w sferze mentalnej niewolnikami archaicznych, stereotypowych, często surrealistycznych i skrajnie uproszczonych wyobrażeń o Rosji.
Zastanawia to, że mało komu w Polsce zależy na odwróceniu tych negatywnych i szkodliwych dla międzynarodowego wizerunku Polski trendów.Niewiele czyni się dla niwelowania owych obsesji, lęków i fobii, które utrudniają spojrzenie na Rosję jak na normalne państwo, mające prawo do definiowania własnych interesów, nawet gdy kolidują one z interesami Polski.
Rosyjska interwencja na Krymie i jego inkorporacja w skład Federacji Rosyjskiej stały się okazją do formułowania histerycznych komentarzy, które przeciętnemu odbiorcy bynajmniej nie ułatwiały zrozumienia istoty zaistniałej sytuacji.
Przede wszystkim, zarówno media jak i politycy posługują się retoryką skrajnie emocjonalną i negatywnie wartościującą, będącą rezultatem syndromu myślenia grupowego, skupiającego uwagę na „agresji Moskwy”, w oderwaniu od kontekstu i wydarzeń poprzedzających. Syndrom taki, dobrze opisany w literaturze amerykańskiej (także jako syndrom „ogłupienia zbiorowego”), znany jest z czasów kryzysu rakietowego na Kubie 1962 r. Wtedy o mało co nie doprowadził do uruchomienia przez USA dźwigni atomowej. Obecnie pojawił się znowu w kontekście interwencji Rosji na Krymie. Do opinii społecznej z trudem przebija się racjonalna argumentacja, a zdrowy rozsądek i umiar w reagowaniu są na wagę złota.
Psychologia dostarcza informacji na temat zakłóceń w postrzeganiu wzajemnym stron w sytuacjach kryzysowych. Pod wpływem napięć percepcja rzeczywistości jest ograniczona. Racje schodzą na plan dalszy, a intelektem rządzą emocje. Upraszczanie rzeczywistości prowadzi do jej fałszowania. Przede wszystkim następuje przyspieszenie akcji i reakcji, co oznacza brak czasu na analizę informacji. Świat postrzegany jest w kategoriach czarno-białych.
Dostęp do informacji jest zresztą znacznie ograniczony, a dezinformacja, selektywność postrzegania oraz ślepota poznawcza są na porządku dziennym. Typowymi zjawiskami są: autogloryfikacja (samouwielbienie) i brak krytycyzmu, aksjologizacja konfliktu (nasycenie wartościami) i dehumanizacja (odczłowieczenie) oponenta. Zaangażowani w konflikt w miarę upływu czasu stają się coraz mniej zdolni zrozumieć położenie drugiej strony. Przestaje się rozumieć racje oponenta, bo on racji po prostu nie ma.
Druga strona z założenia jest pozbawiona wszelkiej moralności, jest żądna wygranej, nic więcej. Dlatego pozbawia się ją cech ludzkich. Nie jest to partner do rozmów, ale wróg, którego należy bezwzględnie zwalczać. Nie można z nim rozmawiać, dyskutować, zawierać porozumienia, nie ma po prostu z kim tego robić.
Koncentrowanie się wyłącznie na własnej interpretacji prowadzi do „dialogu głuchych”. Trwa medialna i polityczna akcja etykietowania, co łączy się z mechanizmem naznaczenia, związanym z dyskredytacją i stygmatyzacją, deprecjonowaniem poprzez przypinanie mu negatywnego znaku.
Etykieta przeciwnika oznacza antycypowanie zachowań wrogich, których należy się spodziewać i na które trzeba być przygotowanym. W tych procesach ujawnia się mechanizm „samospełniającego się proroctwa”. Powstaje błędne koło reakcji i kontrreakcji. Wrogość, która zrazu jest tylko wynikiem wyobraźni, może przerodzić się w otwarty konflikt. Towarzyszą temu uproszczenia poznawcze i zubożenie intelektualne w przekazie informacji i ich interpretacji, wzywanie do użycia przemocy i narastająca gotowość do poświęceń.
Zaangażowana emocjonalnie strona wyolbrzymia własną pozytywną, niemal misyjną rolę, przyjmując na siebie rolę obrońcy przed złem. W związku z tym demonstruje gotowość do ponoszenia ofiar. Nie przeraża przy tym wizja strat, a wręcz odwrotnie, odczuwa się satysfakcję z tego, że grożą cierpienia, że robi się coś, co jest bardzo niebezpieczne.
Ten krótki zarys symptomów myślenia grupowego w sytuacjach kryzysowych wskazuje wyraźnie, że Polska wpisuje się niemal modelowo w rolę gracza ogarniętego skrajnymi emocjami, ze szkodą dla realistycznej oceny przesłanek podejmowanych posunięć, jak i ich rezultatów.
Nieprzejednanie rodzi nieustępliwość, zacietrzewienie prowadzi do konfrontacji i eskalacji napięć. Polska opinia społeczna, reprezentowana w dużej mierze przez media, inspirowane politycznie, nie uświadamia sobie, że demonstrowanie arogancji i forsowanie jedynie słusznych racji przynosi krótkotrwałe korzyści.
Irracjonalne jest rozumienie swojej zawziętości i nieustępliwości, a także negatywnego stosunku do władz politycznych Rosji jako wyrazu siły i znaczącej pozycji Polski w Europie. Podobnie niedorzeczne jest uznawanie gotowości do rozmów i kompromisu jako wyrazu słabości i serwilizmu.
Jak wyjść z zaklętego kręgu nienawiści?
W obliczu kwitnącej w Polsce rusofobii potrzebny jest nowy impuls w stronę terapii pamięci, uwolnienia jej od szkodliwych obsesji i strachu przed Rosją. Pewną próbą paradyplomatycznego wsparcia dla pojednania polsko-rosyjskiego i szansą na normalizację było powołanie w 2002 r. Polsko -Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych i jej reaktywowanie w 2008 r.
Artiom Malgin ze strony rosyjskiej za nadrzędną wartość pracy doradczej rosyjskich i polskich historyków uważa poszanowanie oraz wzajemne zrozumienie w interpretacji wydarzeń historycznych, przy jednoczesnym nieuleganiu naciskom politycznym. Jak dotąd, historykom obu stron nie udało się odwrócenie uwagi od przeszłości i skoncentrowanie się na przyszłości.
Tym bardziej, że „polityka historyczna” stała się dzięki IPN instytucjonalną ochroną pamięci zbiorowej, formą powszechnej indoktrynacji, propagowaniem idei ważnych dla patriotycznej kultury narodowej, źródłem rozliczeń i swoistych „rachunków” w stosunkach międzynarodowych. Jest niewątpliwie narzędziem manipulacji politycznej, którego najważniejszą cechą jest dobieranie argumentów historycznych dla uzasadniania bieżących potrzeb politycznych.
Dla zrozumienia Rosji niezwykle istotnym jest przybliżenie innym narodom obrazu świadomości historycznej Rosjan i wpisanie jej w całość europejskiej kultury pamięci. Jest to zadanie tym trudniejsze, im silniejszy jest opór oficjalnej polityki i historiografii rosyjskiej przed przyjęciem współodpowiedzialności za nieszczęścia XX w. (wybuch II wojny światowej i stalinowskie ludobójstwo).
Jest rzeczą oczywistą, że każdy naród, w tym naród państwowy, ma własną wizję swojej historii, głosy oburzenia ze strony innych państw, zwłaszcza sąsiadów, z reguły niewiele w tej kwestii zmieniają. Nie jest to bynajmniej specyfika relacji Polski z jej sąsiadami. Dlatego w polskim i europejskim interesie leży docenienie zmian, jakie nastąpiły od epoki Gorbaczowa na obszarze imperium radzieckiego, wskazanie na ofiary i cierpienia narodów ZSRR zarówno w konfrontacji z faszyzmem, jak i pod ludobójczym reżimem Stalina. Chodzi o to, aby analizować przeszłość nie dla antagonizowania państw i narodów, lecz dla uczenia mądrej koegzystencji.
Ciągłe ustawianie sąsiadów, mających za sobą przeszłość totalitarną w odmianie hitlerowskiej i stalinowskiej, w roli sprawców krzywd i nieszczęść historycznych, uniemożliwia wzajemne zrozumienie i rzeczywiste pojednanie. Jeszcze gorsze skutki przynosi utożsamianie Rosji współczesnej ze stalinowskim Związkiem Radzieckim i żądanie od niej zadośćuczynienia za popełnione wtedy krzywdy. Trzeba bowiem pamiętać, że „Rosja też ma swoje Katynie”.
Patrząc na minione dwie dekady, w stosunkach polsko-rosyjskich zabrakło refleksji nad wykorzystaniem szans normalizacji i pojednania obu państw i narodów. Nikt z polityków po polskiej stronie nie odważył się nazwać Rosji ważnym sąsiadem, z którym wiążą Polskę interesy strategiczne. Określeniem „partnerstwa strategicznego” szafowano za to w nadmiarze wobec Ukrainy, nie przyjmując do wiadomości ambiwalentnej postawy Ukraińców i patologii w procesie jej transformacji. Trudno też pojąć, co łączy Polskę z Gruzją czy Azerbejdżanem, oprócz niechęci do Rosji.
Teza polskich polityków i generałów, odpowiedzialnych za strategię bezpieczeństwa, że „wróg stoi u bram” i trzeba szykować się do wojny nie wynika z analizy rzeczywistej sytuacji strategicznej, lecz z obsesji antyrosyjskiej i fatalnego w skutkach zaangażowania się w sprawy wewnętrzne Ukrainy.
Krakowski mędrzec nazwał obawy przed rosyjską agresją myśleniem w kategoriach psychologicznej patologii (B. Łagowski, „Polska chora na Rosję”). Nie uwzględnia się bowiem żadnych obiektywnych przesłanek, nie dba o myślenie logiczne i oparte na rzeczowych argumentach, nie analizuje się tego, co ma do powiedzenia sama Rosja.Uproszczone i jednostronne interpretacje brzmią jak kategoryczne osądy,z których przebija moralna arogancja i brak zrozumienia drugiej strony. Zdaniem wielu komentatorów, wystarczy nazwać politykę Rosji imperialną, by znaleźć wytłumaczenie wszystkich jej zachowań międzynarodowych i usprawiedliwienie dla swoich maniakalnych obsesji.
Ostatnie lata pokazują, że polska polityka wobec Rosji jest całkowicie uzależniona od polityki euroatlantyckiej. Jednocześnie histeria i emocjonalność polskiej dyplomacji w ocenie zjawisk zachodzących na Wschodzie pozbawiły Polskę wiarygodności jako potencjalnego mediatora w konflikcie ukraińsko-rosyjskim.
Najbardziej bolesne dla polskich polityków okazało się to, że także strona ukraińska nie widzi możliwości skorzystania z dobrych usług Polaków przy szukaniu rozwiązań pokojowych. Jest to lekcja pokory, z której należy wyciągnąć wnioski, a nie udawać, że nic się nie stało. Mimo wspomnianych obciążeń byłoby dobrze, gdyby polska dyplomacja nie przegapiła szansy, jaką daje możliwość otwarcia nowej karty dialogu z Rosją. Na Zachodzie pojawiają się już sygnały, że różne siły polityczne i gospodarcze starają się odwrócić ryzyko konfliktu, na którym tracą wszystkie strony.
Potrzebny reset
Jeśli Polska rzeczywiście chce odzyskać swoją wiarygodność w Europie Wschodniej, powinna powrócić do polityki zrównoważonych relacji z wszystkimi tamtejszymi sąsiadami. Nie ma bowiem żadnego historycznego determinizmu, iż polskie podejście wobec Rosji musi pozostać niezmienne i skrajnie zideologizowane. Problem w tym, że obecnie mało komu w Polsce zależy na obiektywnej ocenie Rosji. Politycy bezkrytycznie zawierzyli narracji zachodniej, zwłaszcza amerykańskiej, co świadczy o ich kompleksach i braku suwerenności intelektualnej. Przejawia się w tym syndrom głębokiej prowincji, mający swoje źródła w odległej przeszłości, sięgającej I Rzeczypospolitej.
Przywołując dawne rywalizacje z potęgami ościennymi i pretensje historyczne, mało kto pamięta, że zanim sąsiedzkie potęgi – Rosja, Prusy i Austria – stały się źródłem zagrożeń egzystencjalnych, sama Rzeczpospolita była wielkim imperium o charakterze ekspansywnym. Padła ofiarą obcych zapędów imperialnych w dużej mierze z winy własnej, ze względu na postępującą degradację i rozkład państwowości. Warto byłoby tu przywołać tezę o „bożym igrzysku”, którym wtedy stało się polskie państwo, na co zwrócił uwagę w tytule jednej ze swoich książek Norman Davies. W kategoriach współczesnych można to wyrazić poprzez grę obcych sił geopolitycznych, której funkcją była i pozostaje Polska.
Rosja jest zbyt istotnym uczestnikiem w grze międzynarodowej, aby ją można było pozostawić na boku, zmarginalizować czy zlekceważyć. Współpracy z Rosją nie można też w nieskończoność uzależniać od postępów procesów demokratyzacyjnych, bowiem nie zmieni się ona z dnia na dzień i nie zacznie natychmiast – jak tego chcą jej krytycy – stosować się do standardów zachodnich.
Powtarzam przy wielu okazjach, że nikt przy zdrowych zmysłach nie weźmie odpowiedzialności za wschód Europy bez uwzględnienia interesów rosyjskich. Bez udziału Rosji nie da się rozwiązać żadnego z problemów, które trapią państwa poradzieckie. Im szybciej politycy europejscy i amerykańscy zrozumieją te zależności, tym szybciej zostanie zażegnany konflikt ukraiński.
Najważniejszym wyzwaniem w stosunkach polsko-rosyjskich jest powrót do stabilnej normalności, która powinna opierać się na suwerennej diagnozie interesów i uspokojeniu psychologicznym. Skonfliktowane strony muszą – po pierwsze – zmienić swój stosunek do przedmiotu konfliktu, sposobu wyrażania pretensji oraz wzajemnego postrzegania.
Podstawowe pytanie dotyczy zatem woli politycznej każdej ze stron, ale także wpływu uwarunkowań zewnętrznych. Te ostatnie wiążą się z przypisywaniem Polsce przez Stany Zjednoczone roli „rygla” wobec Rosji, a nie katalizatora zbliżenia. Największy problem w stosunkach polsko-rosyjskich polega więc na kolizji interesów własnych z interesami definiowanymi przez amerykańskiego protektora i sojusznika.
Po drugie, ograniczenie dla normalizacji w stosunkach polsko-rosyjskich wynika z ukrainizacji polskiej polityki wschodniej. Nie brakuje diagnoz, że polityka Polski na odcinku ukraińskim jest tworzona przez wpływowe środowiska lobbujące na rzecz kijowskich oligarchów. Antyrosyjskie ostrze współpracy polsko-ukraińskiej ma usprawiedliwiać amnezję wobec zbrodni ukraińskich nacjonalistów, które próbuje się przykryć w pamięci historycznej zbrodniami sowieckimi. Tymczasem inne są oczekiwania polskiego społeczeństwa.
Wbrew pozorom, przeciętny Polak nie jest takim rusofobem, ani takim ukrainofilem, jak przedstawiają go media i politycy. Społeczeństwo jest już zmęczone prymitywną antyrosyjską propagandą, nakręcaniem psychozy wojennej i podejrzliwością o agenturalność, militaryzacją życia publicznego i rosnącymi kosztami sankcji gospodarczych.
W kontekście konfliktu na Ukrainie warto przemyśleć zasadność wojennej retoryki przeciw Rosji. Taka retoryka najłatwiej służy rusofobicznej propagandzie, ale nie prowadzi do żadnych pozytywnych skutków politycznych w dalszej perspektywie. Polskę stać, żeby oceniać sytuację spokojnie i powściągliwie.
Emocje antyrosyjskie są złym doradcą w uprawianiu skutecznej dyplomacji. Poza tym kryzys kiedyś się skończy, bo taka jest natura kryzysów, a Polska pozostanie nadal sąsiadem Rosji i musi myśleć o swoich z nią interesach, a nie tylko o cudzej sprawie, bo przecież taką jest dla nas – jakby nie patrzeć – sprawa ukraińska. Przydałoby się więcej realizmu, a mniej moralizmu. Nie pierwszy zresztą raz w historii.
Brak ludzi pokoju
W tym kontekście musi dziwić brak społecznej inicjatywy na rzecz budowania przesłanek zbliżenia i pojednania z Rosjanami. Opinia publiczna w tej materii jest wyjątkowo zewnątrzsterowna. W czasach PRL rodziły się na przykład oddolne inicjatywy na rzecz pojednania polsko-niemieckiego, które wyprzedzały działania władz. A przecież też było sporo powodów (na przykład w bońskich elitach ówczesnej RFN roiło się od ludzi powiązanych z reżimem hitlerowskim), aby niezabliźnione rany skutecznie blokowały otwarte myślenie.
Obecnie trudno na przykład zrozumieć, dlaczego tak bardzo pasywne są środowiska kultury, dlaczego brak jest rzeczników polsko rosyjskiego dialogu wśród dziennikarzy, pisarzy, a nawet rosjoznawców na uczelniach wyższych. Nie wiadomo, czy jest to wynik braku odwagi, czy negatywnych skutków powszechnej indoktrynacji i jakiegoś psychologicznego zastraszenia. A może wszystkiego po trosze. Być może przejawia się w tym także przedstawiony wyżej syndrom myślenia grupowego.
Jak na razie, mało kto zastanawia się, jak poprzez wzajemne zbliżenie zbudować podstawy pokojowego współżycia następnych pokoleń. Obstawanie każdej ze stron przy swojej wersji prawdy historycznej i dopominanie się satysfakcji moralnej (a także materialnej) blokuje postęp na drodze normalizacji i pojednania. Trzeba znać przede wszystkim cenę własnego interesu narodowego, a nie „wymachiwać szabelką” dla publicznego poklasku i osobistej satysfakcji polityków.
Dla zbudowania nowoczesnego społeczeństwa potrzeba odpowiedniego klimatu kulturowego. Umiejętność współpracy z innymi, zdolność do empatii i decentracji interpersonalnej, szacunek dla pluralizmu i różnorodności – to warunki dla innowacyjności i kreatywności. Nie przypadkiem państwa skandynawskie (nordyckie) znajdują się w czołówce najbardziej nowoczesnych i otwartych na świat, gotowych do świadczenia dobrych usług, aktywnych w procesach negocjacyjnych i mediacyjnych. Nie może być innowacyjnym społeczeństwo, które zamyka się na innych, demonstruje otwartą wrogość czy ulega etnofobii.
Zapewne przyjdzie w końcu czas, że w stosunkach Polski z sąsiadami ważniejsze będą realne problemy współczesności i wyzwania, jakie przed nimi stoją niż coraz bardziej odległy w czasie „świat duchów i umarłych”. Jedynie „polityka historyczna” oparta na refleksji krytycznej może doprowadzić do odwrócenia negatywnych tendencji współczesności, „do wyjścia z korkociągu słusznych żalów i pretensji jednostek i społeczeństw dotkniętych traumą wzajemnych kontaktów w przeszłości”(K. Zamorski). Czy tak się stanie, zależy to nie tylko od wymiany generacji, ale także od nowej świadomości politycznej i obywatelskiej, którą mogą wnieść nowe pokolenia.
Stanisław Bieleń
Jest to druga część eseju Autora nt. stosunków polsko-rosyjskich, jaki ukazał się w książce „Pamięć i polityka historyczna w stosunkach polsko-rosyjskich” pod redakcją naukową prof. prof. Stanisława Bielenia i Andrzeja Skrzypka.
Część pierwszą - Polityka wschodnia - wiecznej urazy - zamieściliśmy w numerze 2/17 SN.
Wszystkie wyróżnienia pochodzą od Redakcji

