Filozofia (el)
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 3937
Podczas pobytu na Gibraltarze, małpa siedząca na balustradzie skały nad morzem i przyglądająca mi się w jakimś chyba zamyśleniu wprawiła mnie w głęboką kontemplację filozoficzną o naszym gatunku. Byłem pewny – na to wskazywała jej mina pełna zadumy – że chyba ona również na swój sposób o czymś filozofowała.
Niech poważni, dyplomowani filozofowie wybaczą mi tę ironiczną paralelę między jakoś tam na swój sposób rozmyślającą małpą a filozofującym człowiekiem. Tak naprawdę, nie rozmawialiśmy ze sobą, bo nie wydaliśmy ani jednego dźwięku. Tylko przez pewien czas patrzyliśmy sobie prosto w oczy, jakby jedno z nas chciało w milczeniu odczytać myśli drugiego. Wydawało mi się, że ona zastanawiała się nad światem, który się wokół niej roztaczał daleko aż po wybrzeża Afryki i nad ludźmi, którzy się jej przyglądali, i dziwiła się temu, co widzi - a przecież właśnie ze zdziwienia rodzi się filozofia.
Nie wiem, czy i w jakim stopniu zdołała odgadnąć moje myśli, ale ja miałem wrażenie, jakby jej wyraz twarzy zdawał się mówić: jestem szczęśliwa z tego powodu, że ewolucja, nie wiadomo dlaczego, pominęła mnie i nie uczyniła ze mnie człowieka, tak jak to było w twoim przypadku. I tak sobie pomyślałem, że mimo wszystko ona chyba miała rację. W każdym razie, nie było widać po niej, żeby mi zazdrościła człowieczeństwa, albo żeby była nieszczęśliwa z tego powodu, że nie jest człowiekiem. Prędzej ja powinienem żałować, a może nawet wstydzić się tego, że należę do gatunku nazywającego się buńczucznie homo sapiens. No, bo co mi z tego?
Ha, dziwne pytanie! Wszakże jesteśmy świadomi swojej przewagi nad małpami i innymi gatunkami istot żywych, a dziś już w dużej mierze nad całą przyrodą. W odróżnieniu od nich, umiemy myśleć logicznie i konstruować narzędzia, tworzyć wiedzę, technikę i ideologię, wymyślać bogów i systemy polityczne, stwarzać bogactwo i zaspokajać najbardziej wyrafinowane potrzeby. Tylko, niestety, to, co tworzymy, te elementy sztuczne - produkty świadomości i kultury - jakie wnosimy do środowiska naturalnego, w ostatecznym rachunku zwracają się przeciwko nam i przyrodzie.
I to, im bardziej wymyślne i doskonalsze są produkty naszych rąk, naszego umysłu oraz naszej kultury, tym większe stwarzają zagrożenia dla naszego środowiska życia i tym bardziej zmniejszają szansę na przeżycie poszczególnych jednostek ludzkich teraz, a całej ludzkości w nie wiadomo, jak jeszcze dalekiej przyszłości.
Zabójczy postęp
Produkty ludzkich rąk, przede wszystkim narzędzia, maszyny i różne urządzenia – to, co zwykle składa się na treść słowa „technika”, stwarza wiele zagrożeń, które na ogół są dobrze wszystkim znane. Wytwory umysłu ludzkiego – technologie i odkrycia naukowe – wykorzystywane są w coraz większym stopniu do niszczenia fizycznego jak i psychicznego ludzi, aniżeli w celu ułatwienia ludziom życia i wspomagania ich zdrowia.
Mam tu na myśli wszelkiego rodzaju broń oraz środki oddziaływania na mózg, świadomość i podświadomość, takie jak narkotyki, systemy naddźwiękowe, psychotropy, itp. (Według gen. R.H Scales’a, wieloletniego kierownika US War College w Carlisle, armia USA wydała w 2011 r. ponad 300 mln dolarów na badania neurobiologiczne mające na celu manipulację świadomością żołnierzy oraz zbudowania urządzenia napędzanego siłą umysłu. Jego zdaniem, w kolejnej wojnie światowej moc kognitywna będzie ważniejsza od energii kinetycznej. O ile w pierwszej wojnie światowej największy udział mieli chemicy (gazy trujące), a w drugiej - fizycy (broń atomowa), to o losach trzeciej zdecydują neurobiolodzy.)
Można zaryzykować tezę o powiększającej się wraz z postępem techniki przewadze jej szkodliwych skutków nad pożytecznymi. Wyraźnie widać pogłębiającą się asymetrię zysków i strat wynikających z postępu nauki i techniki. Wiedza i technika zmieniają swoją rolę w życiu ludzi i w ewolucji naszego gatunku.
Od niedawna, bo około półwiecza, przekształcają się ze środków służących do obrony i ekspansji gatunku ludzkiego w geobiosferze w środki jego degradacji. Wydaje się, jakby ludzie wysilali swoje mózgownice przede wszystkim po to, ażeby sobie szkodzić. Zapewne to zdanie brzmi paradoksalnie, ale jest prawdziwe.
Globalne ogłupianie
Co spowodowało taką metamorfozę funkcji wiedzy i techniki? Odpowiedź nie jest łatwa, ponieważ wiele czynników przyczyniło się do tego. Jednym z istotnych jest postępująca stupidyzacja ludzi na skalę globalną - jest to jedną z „zalet” globalizacji - dzięki bardzo szybko rosnącej roli różnego rodzaju ideologii w czasach współczesnych.
Ideologię rozumiem w szerokim sensie jako zbiór doktryn politycznych i ekonomicznych, mitów, wierzeń oraz poglądów, którymi kierują się ruchy społeczne, instytucje, klasy oraz duże grupy społeczne a także jednostki w swoim życiu. Każdy z tych składników ideologii może być użyty do ogłupiania ludzi.
Jednak największy udział w masowym i globalnym ogłupianiu ludzi mają te instytucje, organizacje, ruchy społeczne i poszczególne osoby - zwłaszcza autorytety - szerzące różnorakie mity związane z nauką, techniką, polityką i ekonomią oraz wiarę religijną, która również wyrosła na mitach, odwołuje się do nich i żywi się nimi.
Myślenie mityczne i religijne sprzyja wzrostowi irracjonalności, który wciąż postępuje za sprawą rozwoju nauki i techniki i to nawet w społeczeństwie wiedzy i informatyki, co jest kolejnym paradoksem w naszych czasach.
Prawdopodobnie tylko ludzie zostali obdarzeni wyobraźnią i dzięki temu jedynie oni zdolni są do tworzenia kultury duchowej. W jej ramach rozwijają między innymi sztukę, magię i religię. Sztuka powołuje do istnienia byty zmyślone, a mitologia i religia – byty nadprzyrodzone. Byty, czy raczej postacie zmyślone, powstają dzięki wyobraźni i twórczości mistrzów pióra, pędzla, dłuta i kamery. Nie wywierają one większego wpływu na ludzi; co najwyżej, fikcyjne straszydła wywołują szok lub krótkotrwały strach w czasie oglądania ich na jawie lub we śnie.
Inaczej ma się sprawa z istotami fikcyjnymi, tworzonymi w mitologii albo religii, takimi jak: bożek, bóstwo, anioł, diabeł, demiurg itp., którym na gruncie wiary przypisuje się cechy nadprzyrodzone. Wierzy się nie tylko w to, że nie podlegają one prawom natury (przyrody) i tym samym stoją jakby poza światem realnym, tzn. zmysłowo poznawalnym, albo materialnym, i są niezależne od niego, ale także i przede wszystkim w to, że mają one moc sprawczą – mogą tworzyć albo niweczyć świat i ludzi, kształtować ich oraz wpływać na ich losy według własnego planu i widzimisię.
Na gruncie takiej wiary ludzie zdają się na łaskę bóstw i stają się ich niewolnikami, ulegają ich mocy, a władzy bogów podporządkowują często władzę świecką. Z bogów czynią ludzie najwyższych sędziów ferujących nieodwołalne wyroki, zazwyczaj ponadczasowe (raj, czyściec, piekło) i zarazem wykonawców tych wyroków występujących czasami w rolach okrutnych katów (potop, plagi, ludobójstwo, zarazy wojny itp.).
W bóstwach skoncentrował człowiek swoje najlepsze cechy w maksymalnym, nieskończenie wielkim natężeniu, nieosiągalnym w warunkach naturalnych, by zrealizować swoje marzenie albo mit o absolutnej doskonałości. W ten chyba niezamierzony sposób dokonał deifikacji siebie samego w postaci bytu nie tylko najdoskonalszego i abstrakcyjnego, ale absolutnie fikcyjnego. Tak oto dokonał aktu stworzenia boga według własnego pomysłu i na swój wyidealizowany obraz.
Zwolnienie z odpowiedzialności
Atrybutem bogów jest wszechobecność, co umożliwia im pełnienie roli nieograniczonych kontrolerów i nadzorców ludzi. Słynne oko opatrzności sprawdza zachowania i uczynki, a nawet myśli i zamiary człowieka w każdej chwili i w każdym miejscu, również przed narodzeniem i po śmierci.
Żadnemu satrapie nie udało się jeszcze tak sprawdzać swoich poddanych. Poddanie się władzy ”wszechobecnego kontrolera” ma złą stronę - zwalnia człowieka z odpowiedzialności.
Na nic zda się mamienie mitem wolnej woli, który jest przede wszystkim wymysłem teologów, żeby za złe rzeczy, które mają miejsce w realnym świecie, zdjąć odpowiedzialność z bogów i obarczyć nią wyłącznie ludzi: co dobre, czyni bóg, co złe – człowiek albo szatan. Co ludzie – mam na myśli ogół ludzkości, a nie jednostki lub grupy - mają z tego, że wymyślili sobie bóstwa? Czy są szczęśliwsi z tego powodu, czy dzięki nim łatwiej i lepiej się żyje, czy są bardziej bezpieczni albo mniej narażeni na czyhające na nich zewsząd wciąż większe zagrożenia?
Nic z tego. W zamian za to żyją w ciągłej bojaźni przed wszechobecnie szpiegującym ich bogiem i karą za grzechy, poddawani są terrorowi psychicznemu i obyczajowemu, a w państwach wyznaniowych - również politycznemu, ze strony instytucji kościelnych oraz ich funkcjonariuszy, których na dodatek muszą opłacać.
Odpowiedź na pytanie, czy warto mieć wyobraźnię – jedną z istotnych cech gatunkowych ludzi – która powołuje do istnienia byty nadprzyrodzone, nasuwa się sama: nie.
Także nie warto jej mieć dlatego, że jest źródłem przesadnie wybujałych pozaegzystencjalnych potrzeb, których chęć zaspokajania wprowadza ludzi w coraz bardziej napinającą się sprężynę produkcji i konsumpcji, a w konsekwencji tego - w pułapkę przyspieszenia.
Nie warto również z tego powodu, że na gruncie wyobraźni tworzą się szkodliwe ideologie i pseudosztuka. Mówiąc o szkodliwej ideologii mam na myśli ideologie nazizmu, satanizmu, terroryzmu itp., które wykorzystywane są do szerzenia postaw nietolerancji i agresji, do wzniecania wojen, ludobójstwa i niszczenia środowiska życia ludzi. A pseudosztuka to taka, która uprawiana jest przez miernoty artystyczne wyłącznie w celach komercyjnych i popierania szkodliwych ideologii.
Można odnieść wrażenie, jakoby nasilające się ruchy religijne i nachalna ekspansja kościołów światowych sprzęgły się z elitami władzy światowej w walce o kompletne otumanienie ludzkości wykorzystując najnowsze osiągnięcia nauki i techniki oraz procesy globalizacyjne.
Nie bez przyczyny – przecież jedni drudzy realizują swoje patologiczne aspiracje do nieograniczonej władzy i nieustannego bogacenia się, żerując na głupocie ludzkiej.
Globalna i masowa stupidyzacja ludzkości jest warunkiem koniecznym do panowania nad światem. Wprawdzie w historii takie przypadki miały miejsce, ale obecnie głupiemu coraz trudniej jest rządzić mądrymi. A ludzie dążący za wszelką cenę do władzy są raczej – mówiąc kolokwialnie – mądrzy inaczej; w większym stopniu wyróżniają się przebiegłością aniżeli erudycją.
Od czasów starożytnych mędrcy nie byli dobrze widziani i tolerowani przez władców, chyba, że schlebiali im, albo uzasadniali ich nierozumne rządy. Dziś władcy jeszcze mniej liczą się z ich opiniami. Chyba bardziej potrzebują ekspertów, z których rad chętnie korzystają.
Ekspertów nie potrzeba zbyt wielu, a jeszcze mniej - mędrców. Dlatego sprzyja się elitarnemu kształceniu profesjonalistów, a nie masowej oświacie na wysokim poziomie. Masom wystarczą programy edukacyjne na poziomie minimum, ustanowione przez miłościwie panujące władze oświatowe, które zresztą i tak ciągle obniżają poziom kształcenia masowego – niech masy głupieją jeszcze bardziej! Zamiast dać im rzetelną wiedzę wystarczy dostarczać niezliczonej ilości różnych gadżetów i karmić je mitami, zaklęciami, zabobonami, modlitwami oraz marnymi, otumaniającymi i wrzaskliwymi igrzyskami - świeckimi i religijnymi.
Wspólczesne niewolnictwo (myślowe)
Jednym z produktów kultury są stereotypy. Dzięki nim jakby mechanicznie tworzy się uproszczony i standardowy obraz rzeczywistości zabarwiony zazwyczaj emocjonalnie i dokonuje się schematycznych ocen. Stereotypy są narzędziami myślenia mechanicznego, a w postaci zalgorytmizowanej wykorzystywane są do programowania robotów. Im większy jest udział stereotypów w myśleniu, tym mniej jest ono samodzielne, krytyczne i refleksyjne.
A o takie właśnie myślenie za pomocą standardowych schematów chodzi elicie władzy światowej, której przeszkadza samodzielne, indywidualistyczne, refleksyjne i racjonalne myślenie jednostek reprezentujących szerokie rzesze ludzi. Przecież myślenie pełne inwencji może prowadzić do buntu.
Lepiej jest więc, kiedy masy myślą za pomocą utartych schematów narzucanych im na różne sposoby. Wówczas da się te myśli łatwo kontrolować i poddawać manipulacji. Ma się tu do czynienia ze specyficznym rodzajem niewolnictwa współczesnego – ze zniewoleniem ludzi ze względu na sposób myślenia.
Robi się wszystko, żeby pod presją opinii publicznej wpajać ludziom takie stereotypy, jakich sobie życzy władza i które są jej przydatne. W istocie są one urabiane przez odpowiednie ośrodki opiniotwórcze, służalcze wobec władzy, a transmitowane do świadomości społeczeństwa i upowszechniane za pomocą środków przekazu masowego, które w końcu też są kontrolowane przez władzę.
Współczesna cywilizacja, komputeryzacja i internetyzacja jak najbardziej stwarzają szczególnie dogodne warunki dla zniewalania myślenia za pomocą stereotypów zawartych w symbolach wizualnych, które przekazuje się masom za pomocą nieprzebranych w formach ikon, ukazywanych na ekranach komputerów. Toteż, być może, dopiero w naszych czasach ziści się w pełni osiemnastowieczna idea człowieka-maszyny sterowanego zdalnie i kontrolowanego skutecznie przez odpowiednie centra władzy światowej.
Masowemu i tendencyjnemu ogłupianiu ludzi sprzyja atakowanie rozumu i rozsądku z różnych kierunków, a ich liczba powiększa się wraz z postępującą ekspansją ideologii wyznaniowych, konsumpcjonizmu i neoliberalizmu. W pewnych przypadkach atakowanie rozumu można usprawiedliwić, głównie wtedy, gdy jest ono skierowane na ekstremalny racjonalizm, który niewątpliwie jest szkodliwy, jak wiele innych skrajności.
Uzasadnione jest również wówczas, kiedy ma zapewnić irracjonalności należne jej miejsce i rolę w życiu ludzi. Człowiek jest bowiem faktycznie istotą racjo-irracjonalną, co szczególnie podkreślał Jan Legowicz.
W ścieraniu się tendencji racjonalistycznych z irracjonalistycznymi nie ma w zasadzie niczego złego, jak długo nie prowadzi ono do naruszenia naturalnej równowagi między nimi. Tymczasem, wspomniane ideologie naruszają wyraźnie tę równowagę, koncentrując się na jak największym osłabieniu czynników rozumowych w życiu ludzi w celu ich ogłupiania.
Ogłupianie – małpowanie
Konsekwencją ogłupiania jest bezmyślne naśladowanie, zwane pospolicie małpowaniem. Zwyczajem małp, nie tych, oczywiście, które żyją w stanie dzikim, jest naśladowanie ludzi, ich gestów i zachowań. Robią to wtedy, gdy mają jakiś interes w bezpośrednim kontakcie z ludźmi, a więc sporadycznie i w warunkach lokalnych. Natomiast ludzie małpują bezustannie, coraz bardziej i na skalę globalną, a w małpowaniu przechodzą wszelkie granice własnej głupoty.
Nie naśladują wprawdzie małp - może szkoda, bo nie byłoby to tak złe – lecz innych ludzi, przede wszystkim tych, których uznają za idoli.
Naśladownictwo samo w sobie nie jest złą cechą człowieka. Jest ono potrzebne do asymilacji, maskowania się oraz do manifestacji tożsamości z grupą, narodem lub społeczeństwem. Dzięki temu jednostki zapewniają sobie bezpieczeństwo i unikają wykluczenia społecznego.
Toteż zawsze jedni ludzie naśladowali drugich i z pewnością będą to dalej czynić. Małpują idoli, upodobniając się do nich w wyniku nakładania masek i przybierania ich póz, i w pewnym stopniu utożsamiają się z nimi, wierząc, że naprawdę uchodzą za takich w oczach innych ludzi. I dopóty nie ma w tym niczego złego, dopóki małpuje się zachowania, postawy, czyny i myślenie ludzi wartościowych: niekwestionowanych bohaterów, mężów stanu z prawdziwego zdarzenia, ludzi mądrych, kulturalnych, dobrych, godnych czy spolegliwych. Przecież nikomu nie szkodzi, a wręcz przeciwnie jest pożyteczne, powielanie dobra na szerszą skalę.
Ale w czasach współczesnych małpuje się przede wszystkim oraz w rozmiarze masowym różne miernoty, dewiantów, ludzi pozbawionych elementarnych zasad kultury - tej przez duże „k”, a nie jakichś kontrkultur czy subkultur - i wyzbytych wszelkich skrupułów obyczajowych, pseudoartystów, fanfaronów politycznych, pospolitych cwaniaków i dorobkiewiczów.
Dlaczego? Ponieważ do cna skomercjalizowane mass media promują ich i awansują do rangi gwiazd, bohaterów narodowych oraz wyroczni we wszelkich sprawach. Poza tym nagminne pokazywanie na ekranach telewizorów różnych zboczeńców, złodziei i mętów społecznych, po to, by zapewnić odpowiednio wysoki poziom oglądalności, samo przez się czyni ich ludźmi wartymi oglądania i słuchania.
W ten sposób - zapewne niezamierzony przez autorów audycji - podpowiada się, zwłaszcza młodym widzom, że trzeba być takim, jak ci negatywni bohaterowie, żeby stać się sławnym i podziwianym przez miliony telewidzów.
Zadziwiająca jest ogromna przewaga pokazywanych w telewizji bohaterów negatywnych nad pozytywnymi oraz ekshibicjonizm wszelkiego zła.
O ile naśladowanie ludzi przez małpy nie szkodzi ani małpom, ani ludziom, to małpowanie przez szerokie rzesze ludzi jednostek niegodnych i sztucznie wyniesionych na piedestały, głównie za sprawą mass mediów, jest wysoce szkodliwe.
Po pierwsze, powoduje zanik dobrych obyczajów i kultury osobistej, a także przestrzegania elementarnych reguł bon tonu. W szczególności kulturalnych telewidzów oburzają maniery niektórych znanych nawet redaktorów, dziennikarzy i prezenterów telewizyjnych, którzy na przykład wchodzą do studia z ręką w kieszeni, dając tym wyraz lekceważenia widowni zgromadzonej w studio i przed telewizorami, albo podając rękę na siedząco i przez stół szanowanej skądinąd i starszej od siebie osobie po zakończonym wywiadzie.
Po drugie, głównie za sprawą telewizji, narasta wypaczanie wrażliwości estetycznej oraz zanikanie dobrego gustu. Wystarczy, żeby jakiś dureń, który z pobudek komercyjnych chce szokować swoim wulgarnym językiem, albo pseudo-awangardowym wyglądem, bo nie ma czym innym zaimponować publiczności, pokazał się w niechlujnym, albo obszarpanym stroju, wytatuowany tam, gdzie trzeba i nie trzeba, w czapce z daszkiem do tyłu, albo z boku (wbrew podstawowej funkcji, jaką ma spełniać daszek u czapki), oblepiony koralikami, albo niby-kolczykami przypominającymi krosty na wargach lub smarki pod nosem i w inny jeszcze sposób zrobiony na paskudztwo (pomysłowość tych ludzi w tym względzie jest równie bezgraniczna, jak ich głupota) - żeby od razu znalazły się całe rzesze chętnych do małpowania jego słownictwa i wyglądu. A liczba małpujących jest proporcjonalna do stopnia bulwersacji otoczenia takim wyglądem lub słownictwem.
Skądinąd ciekawe jest, że chętniej małpuje się głupich aniżeli mądrych. Chyba dlatego, ponieważ małpowanie głupoty nie wymaga tak wielkiego wysiłku, jak mądrości, co najwyżej odwagi albo tupetu.
Naśladowanie wyglądu jest podyktowane przez mody, a te na użytek mas kreują tacy właśnie negatywni idole. W konsekwencji ulice roją się od „modnych” łachmaniarzy, nie tyle ekstrawagancko, co dziwacznie wystrojonych w dżinsowe stroje pastuchów amerykańskich (cowboys) i żołdaków (marines). Co gorsze, małpują ich nawet ludzie zaliczający się do inteligencji i osoby starsze nie zważając na to, że im tego po prostu nie wypada - przynajmniej nie w każdym miejscu i czasie - i że swym wyglądem wzbudzają odrazę albo politowanie. Oto, do jakiego stopnia degrengolady, znieczulicy na piękno, zwyrodnienia estetycznego oraz ignorancji elementarnych norm dobrego gustu doprowadził zmasowany atak głupoty na ludzi - nie trudno się domyśleć, przez kogo i w czyim interesie.
Co z tego że jest się człowiekiem?
Po przedstawionych dywagacjach pora wrócić do pytania postawionego na wstępie: „Co z tego że jest się człowiekiem?” Odpowiedź będzie różna w zależności od tego, czy kieruje się racjami subiektywnymi i irracjonalnymi, czy obiektywnymi i racjonalnymi. W pierwszym przypadku człowieczeństwo traktuje się jak coś wspaniałego i można chlubić się tym, że jest się człowiekiem. Przecież – jak pisał Maksym Gorki – „Człowiek - to brzmi dumnie”. Ale, czy aby na pewno?
Jeśli bowiem obiektywnie i uczciwie oceni się cechy charakterystyczne dla gatunku ludzkiego, które składają się na pojęcie człowieczeństwa oraz całokształt aktywności ludzi, skierowanej z konieczności na niszczenie przyrody ożywionej i nieożywionej, ponieważ jest to warunek niezbędny do życia, to chyba można mieć poważne wątpliwości co do tego, czy faktycznie powinno się być dumnym ze swojej przynależności do tego gatunku.
Wiesław Sztumski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2703
Do polityki garną się ludzie, którzy nic nie osiągnęli, a więc nieudacznicy i darmozjady. Polityka to dla nich deska ratunku, mogą godnie żyć nie dając w zamian nic.
Józef Piłsudski
1. Istnienie władzy jest uwarunkowane podwójnie
Z jednej strony, w sposób naturalny (przez przyrodę), gdyż bierze się z potrzeby hierarchii, właściwej zwierzętom naczelnym, do których zalicza się gatunek ludzki.
Z drugiej strony, w sposób wymuszony przez kulturę, ponieważ wynika z dążenia do utrzymywania porządku lub ładu w zbiorowościach ludzi. Dlatego jedni stają się z natury władcami, bo mają jakby wrodzone cechy przywódcze, drudzy dążą do władzy ze względu na cechy nabyte ze środowiska społecznego, które domaga się władców, a inni z obu powodów na raz.
Wiele wskazuje na to, że kulturowe przyczyny sprawowania władzy przeważają nad naturalnymi, chociaż - jak wynika z obserwacji - ludzie coraz mniej są zorganizowani i mniej cenią porządek; raczej skłaniają się ku chaosowi, anarchii i bezładu. (Być może, w rzeczywistych układach społecznych też obowiązuje zasada wzrostu entropii, a więc wzrostu nieuporządkowania). Ale funkcjonowanie w chaosie i nieporządku też nie może obyć się bez zarządzania, czyli władzy, bo inaczej zakończyłoby się kolapsem, a tego nikt nie chce. Tak, czy inaczej ludzie są niejako skazani na władzę przez naturę i kulturę ze względów egzystencjalnych i funkcjonalnych.
2. Kto raz dorwie się do władzy, nie rezygnuje z niej samowolnie,
a nawet, jeśli bywa zmuszony do odejścia, to broni się zaciekle na wszystkie możliwe sposoby, per fas et nefas, by jak najbardziej opóźnić ten moment. Toteż wielu polityków nie przechodzi dobrowolnie na emeryturę po osiągnięciu odpowiedniego wieku. To świadczy o tym, że władza pociąga, opłaci się, ma swój urok i uzależnia, jak używka lub narkotyk. Gdy ktoś jej raz zakosztował, to ciągle jej pożąda; jak ją zdobył, to się do niej coraz bardziej przyzwyczaja; im więcej jej posiada, tym chce jej mieć jeszcze więcej; im dłużej ją sprawuje, tym trudniej mu odwyknąć od niej. Skąd bierze się chęć rządzenia i atrakcyjność władzy, co jest tak urokliwego i pociągającego w jej posiadaniu i sprawowaniu?
3. Z jednej strony, ludzie chcą rządzić z przyczyn subiektywnych - psychologicznych i charakterologicznych.
„Chorymi na władzę” są zazwyczaj ci, którzy cierpią na niedowartościowanie przez innych i przez samych siebie, na niespełnienie ambicji oraz na kompleks niższości z różnych względów. Kto sam się nie docenia, chce być doceniony przez innych, stara się pokazać, że mimo takich czy innych ułomności fizycznych lub psychicznych jest ważniejszy, bogatszy i lepszy od nich, żeby wzbudzić zazdrość i chęć naśladowania go. Taki człowiek z natury chce rządzić i władać innymi, by stać się popularnym, być podziwianym, zdobywać zwolenników i tworzyć kult swojej osoby. Swoje pragnienia i ambicje jest w stanie zrealizować dzięki władzy. Niestety, nie wie, że przesadne ambicje zjadają polityków.
Lepiej rządzić i narzucać innym własny tok myślenia (poglądy), styl zachowania i inne standardy osobiste niż podporządkowywać się obcym. Ponadto samo ulokowanie się we władzy skutkuje wieloma przywilejami i kuszącymi propozycjami. Jeśli jest Szatan, to zapewne skrył się we władzy ludzi, by stamtąd rządzić światem.
Z drugiej strony, działają przyczyny obiektywne.
Niektórych ludzi namawia się do władzy (przywództwa), często usilnie, a nawet wywiera się presję za pomocą przekupstwa, szantażu, albo gróźb. W szczególności ma to miejsce w przypadku, gdy ma się do czynienia z homo novus, człowiekiem nieznanym, ale z różnych powodów wygodnym dla układów, klik, partii itd., z człowiekiem, który ma odpowiednie predyspozycje psychiczne, charyzmę i jest podatny na manipulację i korupcję.
Tym bardziej, że naprawdę władza daje wiele przywilejów, swobód i ułatwień w życiu. Taki człowiek sądzi, że dzięki władzy zyska autorytet, podczas gdy w najlepszym wypadku może zyskać prestiż i podziw, i to tak długo, dopóki sprawuje urząd. Jednak często budzi wśród ludzi niechęć, awersję i uczucie pogardy. Nie uświadamia sobie, że władza może spełnić jego marzenia, ale nie za darmo. Jeśli zgodzi się na przynależność do kliki rządzących, zwanych patetycznie „elitą władzy”, to będzie mieć dwie drogi do wyboru: albo potulnie wykonywać polecenia tej kliki, wychwalać ją pod niebiosa (nawet na przekór swoim poglądom) i znosić jej fanaberie lub złośliwości, albo narazić się na bolesnego kopniaka kończącego karierę polityczną, odejść w niełasce i w zapomnienie. Jeśli ktoś o tym nie wie, albo nie wierzy, że tak jest, to jest po prostu naiwny, albo głupi.
4. Władza nie jest dla naiwnych, bezradnych i nieudaczników (p. motto)
Oni garną się do władzy, ale nikt ich nie wybiera, bo albo nie chcą działać na korzyść innych, albo nie wiedzą, jak to zrobić. Władza jest przede wszystkim dla ludzi bezwzględnych, dbających ponad wszystko o swoje interesy, czyli dla tzw. bandytów.
Włoski historyk ekonomii Carlo M. Cipolla (1922-2000) na podstawie przeprowadzonych badań empirycznych i obserwacji zachowań ludzkich wyróżnił cztery kategorie ludzi: inteligentnych (mądrych), naiwnych (bezradnych), bandytów i głupich.
Inteligentny działa tak, żeby korzyści odnosili inni (społeczeństwo) i on sam.
Naiwny działa na korzyść innych, ale wskutek tego ponosi stratę, ponieważ daje się wykorzystywać przez innych.
Bandyta zawsze i za wszelką cenę dba o swoje interesy i realizuje własne cele ze szkodą dla innych; musi jednak uwzględniać ich interesy, by mieć ich poparcie i móc ich wykorzystywać. Toteż „bandytów” z podwładnymi łączy relacja „drapieżnik-ofiara”, albo „win-win”, tylko, że jest to relacja asymetryczna, ponieważ „bandyci” o wiele więcej wygrywają niż podwładni. Ale podwładni wysoko cenią nawet niewielkie korzyści i popierają rządy „bandytów”.
Natomiast ”głupi” szkodzi nie tylko sam sobie, ale wielu innym i całemu społeczeństwu.
W zależności od tego, kto rządzi, kraj rozwija się, albo cofa w rozwoju.
Najlepiej, gdyby rządzili inteligentni (mądrzy). Jednak „mądrzy” nie chcą rządzić, bo po pierwsze, wiedzą, jakie negatywne skutki pociągnęłoby dla nich sprawowanie władzy i ewentualne dzielenie się nią z „bandytami”, albo „głupimi”, a po drugie, władza nie jest im do niczego potrzebna.
Toteż rzadko się zdarza, żeby do władzy lub na przywódców dawali się namówić ludzie ceniący się wysoko, niezłomni, cieszący się powszechnym i niepodważalnym autorytetem, odporni na pokusy władzy i fałszywe pochlebstwa. Jeśli ktoś z nich mimo wszystko da się namówić, co, niestety, też się zdarza i nie najlepiej świadczy o jego mądrości, to po pewnym czasie rozczarowuje się, żałuje swego wyboru i ucieka od władzy.
Władza specjalnie nie potrzebuje „mądrych”; może obyć się bez nich. Świadczą o tym liczne przykłady z historii. Znane są powiedzenia: „Rządzić może kucharka” (W. I. Lenin), albo „Żeby dobrze rządzić, nie trzeba być geniuszem”. (J. Kaczyński).* Najgorzej, gdy rządzą „głupi”, gdyż, jak pisał nieznany autor wielu książek występujący pod pseudonimem Rene Delavy, „Iloczyn władzy i głupoty równa się samozagładzie”.** Działania „głupich” nie przynoszą korzyści im samym ani innym, lecz sprawiają kłopoty. I nikt nie wie, nie rozumie i w żaden sposób nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego takie absurdalne kreatury tak czynią. Chyba tylko dlatego, że zwyczajnie są głupi.
Z reguły, najbardziej pchają się do władzy „bandyci”, którzy zwyciężają w wyborach i sprawują rządy. Jednak, jeśli nie zdobędą większości parlamentarnej i muszą dzielić się władzą z innymi, to najczęściej zawiązują koalicje z „głupimi”. Myśląc logicznie, liczą na to, że da się ich przechytrzyć, łatwo manipulować nimi (jawnie lub z ukrycia) i wykorzystywać. Ale zwykle tak nie jest, ponieważ „głupi” są nieprzewidywalni. „Bandyci” nie doceniają ich i nie zdają sobie sprawy z tego, że obcowanie z „głupimi”, albo wchodzenie z nimi w jakiekolwiek związki, układy, koalicje itp. jest wielce ryzykowne i zawsze po pewnym czasie okazuje się kosztownym błędem. Potwierdzają to liczne przykłady prób tworzenia rządów lub większości parlamentach w wyniku koalicji z „głupimi”.
Najnowsza historia dostarcza wielu przykładów na to, jak manipulacja jednostkami wielkimi, ale głupimi, sprawującymi władzę w różnych krajach i czasach (np. Hitler, Stalin), przysporzyła i nadal przysparza ludzkości wielu nieobliczalnych szkód (p. E. Durschmied, How Chance and Stupidity Have Changed History: The Hinge Factor, MJF Books, New York 1998). Tak więc zazwyczaj w ustrojach totalitarnych, rządzą sami „bandyci”, a w ustrojach demokratycznych „bandyci” z „głupimi” - i do nich należy królestwo tego świata. Co więcej, do władzy dochodzą coraz więksi ”bandyci” i coraz bardziej absurdalni „głupi”. Nie ma niczego gorszego, aniżeli rządy sprawowane przez alians „bandytów” z „głupimi”.
5. Powszechnie i nie bez racji sądzi się, że władza zmienia ludzi.
To prawda, ale najczęściej na gorsze. (Jeszcze nie tak dawno temu, objęcie jakiegoś stanowiska we władzach lub hierarchii społecznej czy zawodowej obligowało (wcale nie z przymusu, tylko z wewnętrznego nakazu moralnego) do podciągania się i doskonalenia pod każdym względem tak, by być godnym zajmowanego stanowiska.
Władza w miarę upływu czasu coraz bardziej wyobcowuje się (izoluje od społeczeństwa), deprawuje i rozwydrza rządzących. Tę prawdę zawarł brytyjski filozof polityki Lord Acton (1834-1902) w sentencji: „Władza ma tendencję do korupcji, a władza absolutna korumpuje absolutnie”.
Władza deprawuje też rządzonych, bo albo czyni z nich sługusów, fanatyków, lizusów i donosicieli, albo bierną masę niewolników.
Z czasem i w miarę umacniania się człowieka we władzach poczyna on sobie wciąż bardziej samowolnie i bezkarnie, chce mieć coraz więcej, domaga się różnych przywilejów i apanaży i jest święcie przekonany o tym, że to mu się należy. Dlaczego? Po prostu, bo jest we władzach. (Potwierdza to słynna wypowiedź b. premiera Beaty Szydło na temat nagród przyznanych ministrom nie za efektywną pracę, tylko dlatego, że „im się to należy”). W ustrojach totalitarnych musi się to tolerować, ale nie w demokratycznych, gdzie władza jest wybierana w wolnych lub quasi-wolnych wyborach. Powinna więc podlegać kontroli ze strony suwerena, który obdarzył ją mandatem zaufania, ale może go w każdej chwili cofnąć i - przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce różnie to bywa - zmusić do odejścia.
Jednak zadufani władcy myślą, że zostali jakby namaszczeni przez suwerena (jak dawniej monarchowie przez biskupów) i dlatego są dożywotnio nietykalni i nieodwołalni. Toteż lekceważą suwerena i mają go za nic. Mogą w akcjach przedwyborczych obiecywać gruszki na wierzbie, a po wyborach ignorować składane obietnice. Skoro społeczeństwo ich wybrało, to samo sobie jest winne i niech teraz haruje na władców za przysłowiową miskę ryżu i nie waży się upominać o swoje prawa ani buntować. W razie potrzeby uruchamia się aparat przymusu, którego zadaniem jest przestrzeganie narzuconego przez władzę porządku, praw, standardów i coraz większa ochrona władców „umiłowanych przez naród”. Niepokornych wsadza się do więzień pod byle jakimi pretekstami, często zmyślonymi, ale nie politycznymi, bo to by jawnie naruszało zasady demokracji.
Słusznie zaapelował Jarosław Kaczyński do samorządowców i radnych: „Władza niekontrolowana staje się w jakiejś mierze władzą absolutną. I w jakimś stopniu demoralizuje. Ale władza nie musi się demoralizować. A więc pracujcie państwo nad tym, by władza była kontrolowana”. Ale co da kontrola władzy przez samorządy, w których aktywiści partii rządzącej już mają przewagę albo uzyskają w kolejnych wyborach? Będzie tak, jak w przysłowiu: „Świadczył się Cygan swoim dzieckiem”.
We współczesnym świecie roi się od zdemoralizowanych przedstawicieli władzy (polityków, urzędników, prezesów firm itp.). Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak jest: czy władza demoralizuje tego, kto się do niej dostanie, czy określona kategoria ludzi wcześniej zdeprawowanych („bandytów”) coraz częściej dostaje się do władz.
Eksperymenty przeprowadzone na gruncie psychologii (p. A. Krajewska, Jak władza zmienia ludzi), prowadzą do wniosku, że to władza demoralizuje swoich reprezentantów. Bowiem władza aktywizuje apetytywny system dążenia do osiągania czegoś: dóbr materialnych, stanowisk, nagród itp. Ludzie posiadający władzę mają tendencję do myślenia o swoich podwładnych w sposób stereotypowy i z tego względu brak im empatii w relacjach z nimi.
6. Władza nie tylko deprawuje, ale i ogłupia, tak rządzących, jak i poddanych.
Między innymi dlatego „mądrzy” nie garną się do władzy, żeby nie zgłupieć. Zaś reprezentanci władzy na ogół nie znoszą mądrzejszych od siebie i dlatego szybko się ich pozbywają, albo starają się ich odpowiednio ogłupić. Z jednej strony, władza ogłupia swych funkcjonariuszy, ponieważ nie toleruje myślenia refleksyjnego i krytycznego, tylko mechaniczne, według narzuconych standardów, lub nakazów partii lub instytucji. A z drugiej strony, władza ogłupia masy za pomocą różnych instytucji oraz najnowszych środków i metod komunikacji społecznej (w szczególności mass mediów). Dlaczego? Bo wierzy, że „głupi” są łatwowierni oraz manipulowalni i dlatego łatwiej nimi rządzić.
Władzą dzieli się niechętnie. Najlepiej jest być władcą niepodzielnym. W ustrojach monarchistycznych i totalitarnych było to regułą. Teraz zdarza się to niezwykle rzadko, zarówno we władzach świeckich jak kościelnych. Przeważnie trzeba dzielić się władzą bądź z wyrachowania, bądź z konieczności. W obu przypadkach czyni się to bardzo niechętnie, ponieważ w ten sposób traci się część władzy i przywilejów.
Ograniczenie władzy rośnie proporcjonalnie do liczby ludzi, z którymi się ją dzieli. Z tej racji w ustrojach maksymalnie demokratycznych i liberalnych, jak np. w USA, przywódcom państw i samorządów (prezydentom, ministrom, gubernatorom itp.) pozostało już tak mało władzy, że faktycznie są bezsilni i nie mogą przeforsować swoich pomysłów bez zgody różnych organizacji oficjalnych - parlamentu, instytucji i korporacji (krajowych i międzynarodowych), partii politycznych itd. i nieformalnych - układów, klik, wywiadów, tajnych organizacji wyznaniowych itp., tzn. bez uwzględniania ich interesów. Formalnie i teoretycznie władza należy do nich, a realnie i praktycznie - do kogoś innego.
W sytuacji, gdy rządzący jest w istocie marionetką i tylko „władcą na pokaz” z okazji różnych uroczystości, a w rzeczywistości rządzą inni ludzie, zazwyczaj reprezentujący organizacje, które mają różne interesy (często sprzeczne), w kraju panuje bezład lub skryta anarchia.
Dzielenie się władzą - z masami społecznymi, albo tzw. ludem, a najlepiej ze wszystkimi - stanowi istotę demokracji (rządu ludu), a jednocześnie stanowi zagrożenie dla prawidłowego funkcjonowania państwa w interesie jego obywateli i w miarę coraz większej demokratyzacji wiedzie ku anarchii, czyli do rozpadu.
Toteż mając na uwadze te i inne zagrożenia wynikające z demokracji, coraz bardziej narasta krytyczny stosunek do niej. Dróg wyjścia z impasu demokracji upatruje się w szerzących się ruchach nacjonalistycznych skierowanych na odizolowanie się od wpływów międzynarodowych i ruchach nawiązujących do idei państw totalitarnych, głównie faszystowskich.
Wciąż ludzie borykają się z rozsądnym rozwiązaniem dylematu: demokracja, czy dyktatura? Oba ustroje są złe. Jedne zmierzają do nadmiernej parcelacji władzy i maksymalizacji wolności, drugie do przesadnej koncentracji władzy i minimalizacji wolności. Realizacja obu tych tendencji prowadzi do negatywnych skutków. W przypadku dyktatury - np. do zniewolenia i kultu jednostki, a przypadku demokracji - np. do minimalizacji bezpieczeństwa obywateli, ubezwłasnowolnienia władzy i anarchii.
Jest mało prawdopodobne, by udało się stworzyć jakiś ustrój pośredni w wyniku znalezienia złotego środka. W takim razie nie pozostaje nic innego, jak wybrać ten ustrój, który mimo wad i potencjalnych zagrożeń jest lepszy dla wszystkich - tak dla władzy jak i dla przeciętnego obywatela. Przynajmniej, dopóki wspomniany dylemat nie zdezaktualizuje się w następstwie daleko rozwiniętej globalizacji.
Wiesław Sztumski
* Są to zdania wyrwane z kontekstów. Lenin napisał: „Nie jesteśmy utopistami. Wiemy, że nie każdy robotnik, nie każda kucharka z dnia na dzień będą mogli rządzić państwem. Żądamy, żeby klasowo świadomi robotnicy i żołnierze natychmiast zaczęli uczyć się kierowania państwem, by zaczęli nakłaniać do takiej nauki wszystkich robotników i całą biedotę”. A więc „kucharka może rządzić państwem”, ale pod warunkiem, że się tego nauczy.
J. Kaczyński powiedział: „Żeby dobrze rządzić, nie trzeba być geniuszem, chociaż na pewno ludzie wybitnie zdolni się tu bardzo przydają. Mamy tego przykłady, choćby teraz w naszym rządzie. Przede wszystkim trzeba być kompetentnym i uczciwym. Rządzić w sposób racjonalny, przemyślany, ale też uczciwy”. A więc mądrzy są potrzebni władzy, ale niekoniecznie do rządzenia, tylko raczej w roli uległych pomocników lub ekspertów firmujących swoją wiedzą i autorytetem idee władców. Oprócz tego władca ma być kompetentny i racjonalny, ale jedno i drugie bierze się z mądrości (wiedzy), władca ma być racjonalny, tzn. m.in. nie powinien mieć poglądów ukształtowanych na bazie irracjonalności, ani w swej działalności politycznej stawiać wiarę religijną ponad rozumem. A żądanie uczciwości od polityka jest utopią.
**Zob. R. Delavy, Macht x Dummheit - Selbstzerstörung. Wie viel "Mensch" braucht der Planet? Kaos Verlag, 2005. Zwrócił on też uwagę na następujące zjawiska groźne dla ludzkości:
1) Holistyczne myślenie stało się niemożliwe. Idioci uczą innych idiotów.
2) Światem rządzą najgłupsi politycy.
3) Liderzy biznesu zabijają z coraz większym zyskiem istnienie przyszłych pokoleń.
4) Religie są niszczycielkami wszelkich resztek rozumu; każdy chce widzieć swojego boga jako zwycięzcę.
5) Naukowcy wymyślają rzeczy, które zniszczą naszą przyszłość.
6) Technologiczny holokaust rozwija się dziś po linii pionowej, podczas gdy czas biegnie po poziomej, czyli jakby stoi w miejscu.
7) Środowisko jest niszczone z całą mocą, jaką Homo sapiens może dysponować.
8) Media nas ogłupiają. Jest tak dlatego, że ponad 2000-letnia historia filozofii funkcjonowała wyłącznie na zasadzie "Człowiek w niebie - Planeta Ziemia w dupie". A nasze myślenie zostało wypaczone przez prawie wszystkich myślicieli z przeszłości. Zaś teraźniejsi pragmatyści są najbardziej powierzchownymi ludźmi na Bożej Ziemi.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 6164
Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego! (Z Księgi Rodzaju)
Według Biblii, Bóg Jahwe uniemożliwił zjednoczonej wówczas ludzkości posługującej się tylko jednym językiem wybudowanie wieży sięgającej do niebios. Albowiem ówcześni ludzie chcieli w taki sposób pokazać, że, podobnie jak Bóg, są w stanie dokonać wszystkiego, co tylko zechcą, dosięgnąć Go i dorównać Mu w urzeczywistnieniu wszystkich swoich projektów.
W odpowiedzi na tę ich arogancję postanowił On bezlitośnie wstrzymać budowę tej wieży. Stworzył różne języki dla budowniczych wieży, by nie mogli zrozumieć wypowiadanych do siebie słów i porozumiewać się ze sobą podczas pracy. Wobec tego zmuszeni byli odstąpić od kontynuacji budowy i rozproszyli się po całej Ziemi.
Tak oto wieża Babel stała się symbolem kłopotów komunikacji społecznej i interpersonalnej. Nieważne, czy ta przypowieść biblijna jest prawdziwa, czy nie, ale jest pouczająca i dlatego warto ją przypomnieć. Bowiem w naszych czasach, gdy chce się realizować nieporównanie śmielsze projekty, nie tylko architektoniczne, ale nawet związane z wyprodukowaniem sztucznego człowieka i życia, ma się do czynienia z o wiele większym pomieszaniem języków i groźniejszymi skutkami tego zjawiska dla komunikacji społecznej i nie tylko.
Od początku ludzie różnych narodowości mają trudność z wymianą myśli ze względu na to, że każda z nich posługuje się właściwym sobie językiem ojczystym, w obrębie którego funkcjonują na dodatek różne dialekty, gwary, żargony i slangi, charakterystyczne dla różnych grup społecznych: zawodowych, szkolnych (uczniowskich), młodzieżowych, przestępczych, biznesowych itd.
Poza tym język (leksyka, stylistyka, ortografa i gramatyka) zmienia się w zależności od warunków historycznych i rozwoju cywilizacji. To jeszcze bardziej utrudnia porozumiewanie się między kolejnymi pokoleniami, a nawet w obrębie jednego pokolenia w wyniku coraz bardziej wzrastającego tempa postępu cywilizacyjnego. (Zasada akceleracji rozwoju społecznego obowiązuje również w sferze języka.)
Każda z grup społecznych jest zamknięta w sobie ze względu na język – mieści się we właściwej sobie hermetycznej „niszy językowej”, jakby w jaskini platońskiej. Tych nisz jest tyle, co rodzajów grup. Dlatego każda grupa postrzegana jest przez pozostałe jak obca i tajemnicza, tym więcej, im mniejsze jest podobieństwo językowe między nimi. Między innymi, na tym tle rodzą się postawy ksenofobiczne.
W miarę rozwoju cywilizacyjnego, technicznego, naukowego, kulturowego i gospodarczego postępuje coraz rozleglejsza i głębsza stratyfikacja społeczeństwa. Szczególnie mnożą się specjalistyczne grupy zawodowe, które tworzą własne języki, zwane żargonami profesjonalistów. Są one zbudowane ze słów albo w ogóle niezrozumiałych, albo niewłaściwie rozumianych przez resztę ludzi i przedstawicieli innych zawodów, nawet, jeśli posługują się oni tym samym językiem ojczystym.
W wyniku postępującej specjalizacji te grupy stają coraz mniej liczebne, a ich nisze językowe zawężają się proporcjonalnie do redukcji liczebności ich populacji. Inaczej mówiąc, pojawia się coraz więcej grup specjalistów, które są coraz węższe. Towarzyszy temu powstawanie coraz większej liczby żargonów profesjonalnych, używanych i rozumianych przez coraz mniejszą liczbę osób.
Nie tylko język
Człowiek komunikuje się najlepiej we własnej grupie etnicznej i zawodowej i w obrębie jednej niszy językowej. Komunikacja z ludźmi należącymi do innych grup etnicznych lub zawodowych wymaga przeniknięcia do ich nisz językowych, czyli przełamania barier językowych.
Jest to możliwe w wyniku opanowania języków oraz żargonów, jakimi posługują się te grupy. W zależności od zdolności językowych, jednym przychodzi to łatwo, innym trudno.
Ale dobra komunikacja z innymi wymaga nie tylko opanowania ich słownictwa, lecz również nabycia umiejętności ich sposobów myślenia i odczuwania. W każdym języku inaczej się myśli, odczuwa i wysławia swoje myśli, stany emocjonalne oraz uczucia. Toteż każdy język na swój sposób kształtuje osobowość i tworzy odpowiednie wyobrażenia oraz wizje świata.
Na temat bezpośredniego wpływu języka na człowieka i pośredniego na świat wypowiadało się wielu znanych ludzi, jak np. reżyser Federico Fellini („Inny język jest inną wizją życia”), dziennikarka Flora Lewis („Nauka innego języka to nie tylko nauka innych słów określających te same rzeczy, ale nowy sposób myślenia o różnych sprawach”), prezydent Czechosłowacji, filozof i socjolog Tomasz G. Masaryk („Im więcej znasz języków, tym bardziej jesteś człowiekiem”), albo filozof Ludwik Wittgenstein („Ograniczenia mojego języka są ograniczeniami mojego świata”).
Z tej racji niewiele warte jest formalnie poprawne posługiwanie się jakimś językiem obcym wyuczonym w szkole, ani tłumaczenie mechaniczne (czysto słownikowe) za pomocą translatorów. Dawno temu, Johann Wolfgang Göthe stwierdził: „Kto chce zrozumieć poetę, musi udać się do jego kraju”. Fraza „udać się do jego kraju” znaczy „znaleźć się w obrębie jego niszy językowej i umieć obcować z nim”, czyli mówić, myśleć i czuć, jak on. Doskonale wiedzą o tym tłumacze tekstów humanistycznych, literatury pięknej i poezji.
Rozwój przez redukcję
Niespotykanej wcześniej burzliwej i szybkiej stratyfikacji społeczeństwa towarzyszy równie szybki wzrost języków specjalistycznych, znanych coraz mniej licznym grupom ludzi. Języki te przenikają do ich języków konwersacyjnych i wypierają z nich słowa i zwroty powszechnie używane oraz literackie.
W ten sposób ich język codzienny upodabnia się do specjalistycznego, wskutek czego ubożeje. Wszak słownictwo języka specjalistycznego ogranicza się zazwyczaj do około tysiąca słów i nie ma zabarwienia emocjonalnego. Na co dzień, w większości przypadków, ludzie nie komunikują się ze sobą za pomocą języka literackiego (przestrzegając starannego doboru słów i składni), lecz potocznego, który jest mieszaniną różnych żargonów i odmian językowych (także rozwijającej się od pewnego czasu nowomowy) i to bez względu na okoliczności oraz ich wykształcenie i pozycję społeczną.
Mówi dziad do obrazu
W konsekwencji wzrostu liczby języków specjalistycznych i nisz językowych pojawiły się trudności komunikacji społecznej. Jedna z nich jest typowa dla społeczeństw lub państw jednojęzycznych: nawet w obrębie wspólnej niszy językowej, wyznaczonej przez język ojczysty, coraz trudniej porozumieć się specjalistom z jednej dziedziny ze specjalistami z innych dziedzin oraz z resztą społeczeństwa, tj. z ogółem niespecjalistów.
Tę trudność można byłoby przezwyciężyć dzięki opanowaniu wielu języków specjalistycznych. Jednak w szkołach ani w życiu nie sposób nauczyć się nawet kilku z nich. Kształcenie zawodowe w szkołach zasadniczych, technikach i na wyższych studiach (oprócz niektórych kierunków humanistycznych) ma na celu w miarę dobre nauczenie posługiwania się tylko jednym językiem specjalistycznym, związanym ściśle z zawodem, jaki będzie wykonywać się w przyszłości. To jest w pełni zrozumiałe.
Druga przeszkoda jest typowa dla społeczeństw lub państw wielojęzycznych i dla komunikacji międzynarodowej: trudność porozumiewania się między ludźmi należącymi do różnych nisz językowych, wyznaczonych przez ich języki ojczyste.
Ta przeszkoda mogłaby zostać usunięta, gdyby przeciętny człowiek mógł opanować wszystkie języki etniczne, albo wiele z nich, co praktycznie jest niemożliwie, albo, gdyby języki etniczne znikły w sposób naturalny. Mogłoby to nastąpić w wyniku globalizacji w sferze kultury, która doprowadziłaby do niwelacji różnic między językami etnicznymi w wyniku dyfuzji słownictwa, albo, gdyby, języki etniczne okazały się nieprzydatne do życia w zglobalizowanym świecie.
Można by ją także usunąć sztucznie w wyniku uczynienia języka światowego z jakiegoś języka etnicznego. (W obu przypadkach miałoby się do czynienia z unifikacją języka, jak w czasach poprzedzających budowę wieży Babel.) Jednak ta opcja jest mało prawdopodobna z dwóch powodów.
Po pierwsze, żadne z imperiów światowych nie zrezygnuje dobrowolnie ze swojego języka ojczystego i nie złoży go w ofierze na ołtarzu idei globalizacji.
Po drugie, takie próby, podejmowane wcześniej np. z językiem łacińskim i esperanto, spełzły na niczym. Trudno przypuszczać, by powiodła się teraz próba z językiem angielskim, desygnowanym na język światowy przez globalne lobby technologiczne i finansowe.
A poza tym, w ewolucji społecznej i w dziejach ludzkości obowiązuje „historyczna strzałka czasu”: zjawiska historyczne są nieodwracalne, a procesy dziejowe przebiegają bez powtórzeń. Wprawdzie w spiralnym modelu ewolucji społecznej niektóre sytuacje jakby powtarzają się cyklicznie, ale nie są one takie same, tylko podobne.
Języki w globalizacji
Obecnie występują dwie przeciwstawne sobie tendencje rozwoju języków.
Z jednej strony, tendencja do zanikania niektórych języków etnicznych w konsekwencji zmniejszania się populacji grup etnicznych, przenikania do nich słownictwa z innych języków, łączenia się języków podobnych, albo wychodzenia z mody. Wskutek tego ubyło w ciągu ostatniego stulecia ponad sto języków etnicznych.
Zanikają też języki naturalne, ponieważ w stechnicyzowanym i zdigitalizowanym świecie są one coraz bardziej wypierane języki sztuczne.
W związku z tym rysuje się możliwość redukcji języków etnicznych i naturalnych do minimum, w granicy do jednego języka uniwersalnego.
Z drugiej strony, głównie za sprawą postępu technologicznego i naukowego, występuje tendencja do pomnażania liczby języków zawodowych i sztucznych. Jak na razie, ta tendencja wygrywa.
Z tego względu coraz mniej prawdopodobny jest powrót do czasów biblijnych, kiedy ludzie posługiwali się jednym językiem, o ile kiedykolwiek naprawdę tak było. Badania w dziedzinie antropogenezy dowiodły, że kolebki ludzkości pojawiały się niemal równocześnie w różnych miejscach na świecie oddalonych od siebie, np. w południowej Afryce (w licznych jaskiniach), we wschodniej Etiopii czy Gruzji, a więc bez możliwości stykania się ze sobą w owych czasach. Z konieczności posługiwali się odrębnymi językami plemiennymi, które później w wyniku wędrówek plemion bardziej różnicowały się i rozwijały.
W czym problem
Trudności związane z wielojęzycznością i przełamywaniem barier językowych nie pozwalają komunikacji społecznej realizować w pełni swoich funkcji, takich jak: zaspokajanie ciekawości o życiu innych ludzi, tworzenie i umacnianie więzi społecznych, wywieranie wpływu na zachowanie, postępowanie, postawy, przekonania i osobowość innych ludzi, manipulacja społeczna, samodoskonalenie się, lepsze rozumienie innych ludzi, koordynacja działań wspólnych, przekazywanie informacji i doświadczeń, porównywanie idei i pomysłów oraz nawiązywanie kontaktów i związków.
Z przedstawionych rozważań wynikają dwa wnioski.
Po pierwsze, komunikacja społeczna między jednostkami i grupami będzie jeszcze bardziej utrudniona aniżeli w czasach budowy legendarnej wieży Babel i obecnie, kiedy buduje się o wiele wyższe potworki architektoniczne w postaci drapaczy chmur. Dokona się to nie za sprawą boga zazdrosnego o swoją moc tworzenia oraz o panowanie nad ludźmi i światem, ani boga mściwego, który złośliwie zniweczył budowę owej wieży, lecz ludzi, którzy stale piętrzą trudności komunikacyjne. Czynią to bezwiednie, jakby na złość sobie, w czasie, gdy w wyniku postępów w dziedzinach najnowszych technologii i materiałów a także sztucznej inteligencji wydają się już być bliscy Bogu ze względu na możliwość zastąpienia Go w dziele tworzenia oraz zarządzania ludźmi i światem.
Po drugie, narastające trudności w komunikacji międzyludzkiej uniemożliwiają synergiczne działania na rzecz realizacji wspaniałych projektów odzwierciedlających odwieczne marzenia ludzkości, jakie powstają w głowach odkrywców i optymistycznych futurologów.
Dziś, a tym bardziej w przyszłości, nie sposób realizować projekty badawcze ani dzieła inżynierskie bez współpracy coraz liczniejszych grup specjalistów z różnych dziedzin. Jednak powodzenie ich pracy zależy od stopnia, w jakim potrafią porozumiewać się ze sobą w ramach podejmowanych działań synergicznych. Niestety, z tym jest i będzie coraz gorzej.
Wiesław Sztumski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 7336
Ekologizm - nowy nurt filozoficzny
Od siedemdziesięciu lat środowisko życia ludzi zaczęło gwałtownie pogarszać się. Wzrastała liczba zjawisk masowych, groźnych dla ludzi. W związku z tym nastąpił wzrost zainteresowania się nauką o środowisku - ekologią. Zapoczątkowana w XIX w. przez Ernesta Haeckla szybko przekształciła się ona z subdziedziny biologii w samodzielną dyscyplinę naukową o rozbudowanej strukturze.
Zrazu skupiała się na badaniu związków między żywymi organizmami i ich środowiskiem przyrodniczym. Potem badała coraz szersze aspekty tego związku z szczególnym uwzględnieniem relacji „człowiek-przyroda”. Poszerzyło się też pojęcie środowiska. W jego skład weszło nie tylko środowisko przyrodnicze w wymiarze lokalnym, globalnym i kosmicznym, ale społeczne, kulturowe i duchowe. W związku z tym relacja „człowiek-środowisko” stała się przedmiotem wieloaspektowych i multidyscyplinarnych badań.
Psychologia behawioralna dostarczała coraz więcej dowodów na negatywny wpływ zdegradowanego środowiska na kondycję psychiczną, funkcjonowanie i osobowość człowieka, a biologia - na kondycję fizyczną, możliwość przeżycia człowieka i zagrożenie egzystencji gatunku ludzkiego. To wymusiło podjęcie badań o ochronie i ratowaniu środowiska przed narastającą degradacją w konsekwencji postępu cywilizacyjnego jak i głupoty ludzi niedoceniających jego znaczenia.
Ekologia stosowana nie dostarczała w wystarczającym stopniu wiedzy o tym. Toteż w 1965 r. Walery Goetel (profesor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, geolog, przyrodnik i ekolog) stworzył odrębną dyscyplinę nauki o ochronie środowiska, którą nazwał sozologią. Jest to „nauka o systemowej ochronie środowiska przed destrukcyjnym oddziaływaniem antroposfery”.
Filozofowie nie mogli zignorować wyników badań, które informowały o niszczeniu środowiska w zastraszającym tempie i o tym, jak niekorzystnie odbija się to na zdrowiu, życiu i funkcjonowaniu ludzi. Dlatego na bazie wiedzy dostarczanej przez enwironmentologię (kompleksową naukę o środowisku) powstała najpierw filozofia ekologii (ekofilozofia). Jej twórcą był Henryk Skolimowski - profesor wielu uniwersytetów i kierownik pierwszej i jedynej wówczas w Polsce „Katedry Filozofii Ekologicznej” na Politechnice Łódzkiej w latach 1992-1997, autor aforyzmu: „Wiek XXI będzie wiekiem ekologicznym, albo nie będzie go wcale”.
Na ekofilozofię składają się rozmaite jej odmiany: ekologia człowieka, ekologia humanistyczna, ekologia głęboka, ekozofia, filozofia kryzysu ekologicznego, ekologia uniwersalistyczna, a nawet pewna część filozofii przyrody. Dotychczas nie udało się zintegrować ich w jeden system nauki o relacjach między elementami wchodzącymi w skład ekosystemu człowieka. Na początku XXI w., na bazie wiedzy z zakresu sozologii powstała filozofia ochrony środowiska; najpierw, w postaci sozologii systemowej, a potem sozofilozofii. (p. Sztumski, Człowiek wobec środowiska. Propedeutyka sozofilozfii, Wyd. WSL Częstochowa 2012).
W ten sposób doszło do połączenia ekofilozofii i sozofilozofii w jeden nowy nurt filozoficzny - ekologizm. Ekologizm przeciwstawia się nieuzasadnionemu wywyższaniu się człowieka ponad inne istoty żywe i nadmiernej trosce o siebie oraz nieodpowiedzialnemu niszczeniu przez niego środowiska i innych gatunków istot żywych. Chodzi o to, by oba człony relacji „człowiek-środowisko” traktować na równi.
Czy filozofia ekologizmu szkodzi ludziom? Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że tak, ponieważ przyczynia się do piątej już w historii zniewagi człowieka.* Detronizuje go, gdyż odmawia mu prawa do bycia despotycznym panem i władcą w świecie przyrody, postępowania z nią według swego widzimisię i niszczenia jej za pomocą coraz potężniejszych i inteligentniejszych narzędzi oraz lepszych sposobów posługiwania się nimi. Jednak mimo to, ekologizm bardziej troszczy się o ludzi aniżeli antropocentryzm. Dlaczego?
Po pierwsze, z tej prostej przyczyny, że troszczy się nie w wymiarze „tu – i -teraz”, lecz „tu – teraz – i -potem”. O ile u podstaw antropocentryzmu leży myślenie prezentystyczne lub recentywistyczne, to u podstaw ekologizmu leży myślenie futurystyczne lub prospektywne. Nakazuje ono troszczyć się o kondycję człowieka i jego środowiska w interesie co najmniej kilku przyszłych pokoleń. Z tej racji ekologizm opowiada się za szybką implementacją idei rozwoju zrównoważonego we wszystkich obszarach życia społecznego, ale przede wszystkim w sferze gospodarki. Chodzi przede wszystkim o zrównoważenie podaży z popytem wskutek rezygnacji z wybujałych i wciąż rosnących potrzeb.
Na podstawie dzisiejszej wiedzy, zrównoważony (trwały) rozwój ma zapewnić zachowanie takiego stanu środowiska, który pozwoli przeżyć w nim jeszcze przyszłym generacjom. A to jest możliwe w wyniku znacznego ograniczenia eksploatacji zasobów naturalnych przyrody oraz radykalnego zapobiegania toksyzacji i zaśmiecaniu środowiska. Czas nagli, bo zdaniem Ericha von Weizsäckera, dzisiejsza młodzież jest ostatnim pokoleniem, które może jeszcze zawrócić ludzkość z drogi do zagłady.
Po drugie, troska o człowieka wymaga nie mniejszej troski o środowisko, w jakim żyje, ponieważ egzystencja, jakość życia i możliwość przetrwania ludzkości są proporcjonalne do jakości środowiska. Inaczej mówiąc, nie ma życia bez środowiska, które mu sprzyja. Nie po to ewolucja kosmosu stwarzała w ciągu kilkunastu miliardów lat warunki do powstania istot żywych na naszej planecie, by dzisiejsi ludzie kierując się egoizmem gatunkowym i głupotą niszczyli je i uniemożliwiali życie na Ziemi w przyszłości.
Ideologia ekologizmu
„Ekologizm” oznacza też ideologię zbudowaną na fundamencie filozofii ekologizmu. Za sprawą mass mediów ideologiczny aspekt ekologizmu jest o wiele bardziej znany ogółowi ludzi niż filozoficzny. Słowem „ekologizm” nazywa się ideologię pewnych grup i organizacji społecznych lub politycznych, (partii zielonych oraz ruchów ekologicznych), mających na celu nie deklaratywne, lecz realne i skuteczne ratowanie środowiska przed zniszczeniem, które uniemożliwi przetrwanie ludzkości. Chociaż wywodzi się ona z filozofii ekologizmu, to jednak wykracza poza kwestie związane z ochroną środowiska życia ludzi.
Wyznawcy tej ideologii - „ekologiści” - postulują daleko idące i radykalne zmiany (w formie odczuwalnych wstrząsów) w pojmowaniu relacji między człowiekiem a jego środowiskiem, przede wszystkim przyrodniczym. Są przekonani, iż obecny system społeczny i polityczny, jak i filozofia gospodarowania w państwach rozwiniętych nie są w stanie - same z siebie - zapewnić warunków do implementacji postulatów zrównoważonego rozwoju, który jest warunkiem koniecznym do dłuższego przetrwania gatunku ludzkiego na Ziemi.
Z tej racji - jak twierdzi politolog amerykański, Andrew Dobson - ideologia ekologizmu proponuje już pewną pożądaną formę ustroju społecznego i ma gotowy program działań politycznych dla jej realizacji. A więc, spełnia wszystkie cechy ideologii politycznej i dlatego powinna być traktowana na równi z innymi aktualnymi ideologiami politycznymi, jak np. liberalizm, konserwatyzm i socjalizm.
Inny politolog, Michael Kenny, idzie jeszcze dalej, ponieważ twierdzi, że nawet sama ekologia jest ideologią. Z kolei historyk z Uniwersytetu Bielefeld, Joachim Radkau, twierdzi, że po upadku socjalizmu ideologia ekologizmu stała się jedyną alternatywą dla ideologii neoliberalizmu, głoszącej absolutną hegemonię zysku i konsumpcji. Jeśli faktycznie tak jest, to ideologię ekologizm należałoby ocenić pozytywnie, choćby tylko z tego względu, że niemal wszyscy mają już dość coraz szybszej pogoni za zyskiem i nadmiernego wzrostu konsumpcji, w czym upatrują źródeł wszelkiego zła.
Toteż nie należy dziwić się, że ideologia ekologizmu zyskuje coraz więcej sympatyków i aktywistów rekrutujących się z różnych sfer społecznych i grup wiekowych, ale głównie z oświeconej młodzieży. Jest ona świadoma tego, że neoliberałowie, technokraci i konserwatywni antroposzowiniści zniszczą co się da, zanim wkrótce zginą i zostawią im planetę, na której coraz trudniej będzie żyć i że kolejne pokolenia będą obwiniać dzisiejszą młodzież za to, że zdecydowanie nie przeciwstawiła się w porę rujnacji środowiska.
Z przykrością trzeba stwierdzić, że niektórym politykom ideologia ekologizmu nie podoba się - jest sprzeczna z ich interesami, światopoglądem i przekonaniami i dlatego usiłują skompromitować ją i zwalczyć. Ukazują ją masom w krzywym zwierciadle w zdeformowanej postaci. Wypaczają jej sens albo z powodu braku wiedzy o istocie ekologizmu (jako filozofii i ideologii), albo celowego dążenia do dezawuacji jej w oczach mas, za pomocą różnych technik manipulacyjnych.
Odwołują się głównie do uczuć religijnych, bowiem w sferze religii ważniejsze i skuteczniejsze są argumenty emocjonalne od racjonalnych. Dlatego prezentują ekologizm w postaci straszaka, który zagraża kulturze i tradycji chrześcijańskiej, uznawanej niesłusznie za europejską. (Kultura europejska wywodzi się też z innych kultur, wcześniejszych). Efektem tego są nieporozumienia, kłótnie, podziały społeczne i niepotrzebne antagonizmy, które niszczą więzi społeczne, osłabiają struktury społeczeństw i destabilizują systemy społeczne.
Niektórzy dziennikarze i politycy nie przestrzegają podstawowych reguł semantyki i słowem „ekologizm” posługują się zamiennie w znaczeniu filozofii i ideologii. Utożsamiają ideologię ekologizmu z filozofią, z której ona wyrosła. Wskutek tego przenoszą negatywną ocenę ideologii na filozofię i na odwrót, by w ten sposób za jednym zamachem skompromitować ideologię i filozofię ekologizmu.
Taki zabieg manipulacyjny stosowano wcześniej w celu zwalczania niektórych filozofii. Tak na przykład filozofię Karola Marksa utożsamiono z ideologią marksizmu i obarczono winą za wszystkie grzechy (zsyłki na Sybir, gułagi, akty ludobójstwa itp.) stalinizmu i tzw. socjalizmu realnego.
Wcześniej obwiniano Fryderyka Nietschego i jego filozofię za grzechy hitleryzmu (rasizm, antysemityzm i uznawanie Niemców za nadludzi.) Teraz podobni „mędrcy”, próbują rozprawiać się z filozofią i ideologią ekologizmu. Celuje w tym między innymi abp Marek Jędraszewski, którego bzdurne wypowiedzi firmuje in gremio episkopat polski. Ideologię ekologizmu utożsamia on z jakąś bliżej nieokreśloną ideologią antychrześcijańską, nawet ateistyczną, nawiązującą do Fryderyka Engelsa. W ten sposób chce z ekologizmu uczynić uosobienie zła, jakiś postrach dla katolików w postaci „złego luda” i Szatana. (W podobny sposób atakuje się genderyzm, przypisując mu bóg wie co).
Od dawna wrogiem kościoła jest to, co postępowe. A zwłaszcza to, co mogłoby odebrać kościołowi katolickiemu wciąż jeszcze wiodącą rolę w świecie i przywileje związane z nią jest a priori złe - jest diabelskim wymysłem. Arcybiskupowi, jak przysłowiowemu rekrutowi, wszystko kojarzy się z jednym. Peroruje on: „Ekologizm to powrót do Engelsa i do jego twierdzeń, że małżeństwo to kolejny przejaw ucisku, a w imię równości trzeba zerwać z całą tradycją chrześcijańską, bez której my Europejczycy nie zrozumiemy się, bo jesteśmy w niej wychowywani od tysiącleci. To się kwestionuje przez różne nowe ruchy, a także próbuje się narzucać jako obowiązującą doktrynę. To zjawisko bardzo niebezpieczne, bo to nie jest tylko postacią nastolatki (Grety Thunberg – red.), to coś, co się narzuca, a ta aktywistka staje się wyrocznią dla wszystkich sił politycznych, społecznych. To jest sprzeczne z tym wszystkim, co jest zapisane w Biblii, począwszy od Księgi Rodzajów, gdzie jest wyraźnie mowa o cudzie stworzenia świata przez Boga. W Piśmie Świętym jest wyraźnie napisane „czyńcie sobie ziemię poddaną”.
– „Adam jest kimś, kto nazywa zwierzęta, a więc nad nimi panuje i nie znajduje wśród nich kogoś, kto byłby partnerem dla jego życia, dlatego otrzymuje małżonkę. To jest wizja człowieka i świata, którą głosi chrześcijaństwo i która jest także wizją głęboko zakorzenioną w judaizmie. Naraz wszystko się kwestionuje, czyli faktycznie kwestionuje się naszą kulturę, odwraca się cały porządek świata zaczynając od tego, że kwestionuje się istnienie Pana Boga – stwórcy, kwestionuje się także rolę i godność każdego człowieka”. (Ekologizm to zjawisko bardzo niebezpieczne - rozmowa z Telewizją Republika - https://dorzeczy.pl/kraj/124505/abp-jedraszewski-ekologizm-to-zjawisko-bardzo-niebezpieczne.html; 25.12.2019).
Trudno dyskutować z tą wypowiedzią. Jest tak żałosna, że wystarczy pośmiać się z politowaniem, że Bóg go ukarał i mu rozum odebrał. Odpuść mu Panie Boże, bo nie wie, co mówi. Zwrócę tylko uwagę na dwa nieporozumienia.
Nieprawdą jest, że ekologizm jest kontynuacją myśli Engelsa na temat małżeństwa. Engels komentował wyniki badań na temat ewolucji rodziny i małżeństwa zaprezentowane przez Levisa H. Morgana, amerykańskiego antropologa kulturowego (1818-1881).
Wypowiadał się też o istocie małżeństwa w warunkach kapitalizmu, kiedy wszystko staje się towarem: udzielanie sakramentu małżeństwa, kobieta, godność itd. Wówczas większość małżeństw zawierano w celach bogacenia się (teraz też tak jest), a kontrakt małżeński stał się zwykłą transakcją kupiecką dla finansjery i burżuazji.
Nawiązywał zresztą do myśli Marcina Lutra o świeckim charakterze małżeństwa (nie wiadomo, czy zdawał sobie sprawę z tego ani, czy czytał jego pisma) oraz L. H. Morgana. Według M. Lutra małżeństwo nie jest wspólnotą osób, lecz związkiem rzeczowym, a taki nie może być sakramentem i nie może podlegać władzy kościelnej i jej sądownictwu, ale wyłącznie „zwierzchności świeckiej” i „państwowej”. A według Morgana, małżeństwo monogamiczne różnopłciowe, uświęcone przez katolicyzm, pojawiło się nie na początku świata (od Adama i Ewy), ale znacznie później w wyniku rozwoju cywilizacji. Pierwotnie, w fazie dzikości małżeństwa były grupowe, a w fazie barbarzyństwa - parzyste.
Engels nie twierdził, że rodzina zniknie po obaleniu kapitalizmu - w socjalizmie, komunizmie lub w jakimś innym ustroju postkapitalistycznym. Na pytanie o przyszłość małżeństwa napisał: „Można by nie bez słuszności odpowiedzieć: monogamia nie tylko nie zniknie, lecz wówczas dopiero zostanie urzeczywistniona w całej pełni, gdyż wraz z przekształceniem środków produkcji we własność społeczną zniknie również praca najemna, proletariat, a więc dla pewnej - statystycznie obliczalnej - ilości kobiet zniknie konieczność oddawania się za pieniądze. Prostytucja zniknie, monogamia zaś, zamiast zginąć, stanie się wreszcie rzeczywistością - także i dla mężczyzn.(…)
Zupełna swoboda zawierania małżeństwa może więc dopiero wówczas stać się prawem powszechnym, gdy dzięki zniesieniu produkcji kapitalistycznej i stworzonych przez nią stosunków własności zostaną usunięte wszystkie te ekonomiczne względy uboczne, które dziś jeszcze wywierają tak potężny wpływ na wybór małżonka. Wtedy właśnie jedynym motywem stanie się wzajemna sympatia. (…)
A więc przypuszczenia, które dzisiaj robić możemy co do układu stosunków płciowych po nadchodzącym zniesieniu produkcji kapitalistycznej są przeważnie natury negatywnej, ograniczają się głównie do tego, co odpada. Ale co nowego dojdzie? To rozstrzygnie się wówczas, gdy wyrośnie nowe pokolenie: pokolenie mężczyzn, którym nigdy w życiu nie zdarzyło się kupić kobiety za pieniądze lub za pomocą innych społecznych środków władzy i pokolenie kobiet, którym nigdy nie zdarzyło oddać się mężczyźnie z jakichkolwiek innych względów niż z prawdziwej miłości ani też odmówić ukochanemu z obawy przed następstwami ekonomicznymi. Gdy ci ludzie będą już istnieli, to diablo mało będą się oni interesowali tym, co według pojęć dzisiejszych robić powinni; stworzą oni swe własne metody postępowania i odpowiednią do nich opinię publiczną co do postępowania każdej jednostki - kropka.” (F. Engels, Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa. W związku z badaniami Lewisa H. Morgana. Książka i Wiedza, Warszawa 1969).
W dzisiejszych czasach też nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jaką postać przybierze małżeństwo i rodzina w ustroju postkapitalistycznym i w następnych.
Nie jest prawdą, że ekologizm jest ideologią areligijną czy ateistyczną, ani narzędziem wykorzystywanym do walki z religią (chrześcijaństwem) i z Bogiem, jakkolwiek opowiada się za sprawiedliwym prawdziwym, a nie pozorowanym rozdziałem kościoła od państwa.
Nieprawdą jest, że ekologizm jest jakąś ideologią „lewacką” (Nie przystoi hierarsze posługiwać się takim słowem zaczerpniętym ze slangu jakichś żurnalistów i politykierów, kryjącym w sobie a priori ocenę negatywną tego, co lewicowe. Świadczy to o braku szacunku dla oponentów. Nikt z kręgów opozycji nie używa zamiast słowa „prawicowy” słowa „prawacki”, jako antonimu słowa „lewacki”),co mu się insynuuje, którą trzeba zwalczyć w imię ratowania kultury chrześcijańskiej, chociaż z wielu powodów znajduje zwolenników należących do partii lewicowych. Gdyby ekologizm był filozofią lub ideologią antykatolicką, to nie spotkałby się z tak wielkim uznaniem w znanej encyklice „ekologicznej” papieża Franciszka.
Ta wypowiedź abpa Jędraszewskiego pokazuje, jak wielka nienawiść i ślepa zawziętość cechuje jego, biskupów, wiernych popierających go. Zamiast kierować się ewangeliczną zasadą miłości bliźniego w stosunku do tych, którzy mają odmienne poglądy, sieją nienawiść. Słusznie napisał o. Jacek Salij w książce Miłujcie nieprzyjacioły wasze: „(...) Nasi przodkowie - zwłaszcza w okresie rozbiorów, rozmaitych okupacji czy innych jeszcze udręk, jakie przeżywała nasza Ojczyzna - wielokrotnie starali się kształtować swój stosunek do nieprzyjaciół w duchu Ewangelii. Są to tradycje dziś nieco zapomniane, a przecież nie mamy prawa ich zapomnieć. (...) nawet w okresie kłótni międzywyznaniowych ewangeliczne wezwania do pojednania i miłości nieprzyjaciół były wyrzutem sumienia i przedmiotem poszukiwań. Idea pojednania i przebaczenia jest tak bogato zinstytucjonalizowana w naszej obyczajowości”.
Jeśli nie ekologizm, to antroposzowinizm
Ludzkość może teraz wybrać jedną z dwóch dróg dalszego rozwoju. Jedną wytycza współczesny nurt ekologizmu, a drugą odwieczny nurt antropocentryzmu lub antroposzowinizmu.
Pójście po pierwszej zapewnia ludziom dłuższe przetrwanie, jeśli nie zdarzy się jakaś katastrofa niezawiniona przez nich. Stąpanie po drugiej zapewne skróci czas istnienia gatunku ludzkiego.
Rozstrzygnięcie tego dylematu zależy od tego, czy chcemy - jako gatunek - niemądrze i samobójczo zdecydować się na krótszy czas przetrwania w coraz większym dobrobycie, czy rozsądnie i zgodnie z instynktem samozachowawczym na dłuższy czas, rezygnując z wygórowanych potrzeb.
Jak dotychczas, głupota przeważa nad rozsądkiem (p. W. Sztumski, Mądrzy przegrywają z głupimi, „Sprawy Nauki”, Nr 10 (244), 2019) i nic nie wskazuje na to, że to się zmieni w warunkach nasilającego się ogłupiania mas.
O ile do polowy XX w. przyroda rozwijała się zgodnie z odwiecznymi prawami obiektywnymi, to w epoce antropocenu ludzie coraz bardziej ingerują w jej rozwój. Zasmakowali w odnoszeniu triumfów nad przyrodą i chcą ją całkowicie ujarzmić.
W wyniku „zawrotu głowy od sukcesów” w zmaganiach z przyrodą ukształtowała się postawa szowinizmu gatunkowego (gatunkowizmu). Sprzyjały mu doktryny filozoficzne, dla których człowiek jest „pępkiem świata” i „miarą wszystkich rzeczy” oraz kościół katolicki, który uznaje człowieka za istotę najdoskonalszą, bo będącą kopią Boga, jedyną posiadającą duszę i od początku do końca przeznaczoną do panowania nad przyrodą. Bóg stworzył człowieka, by „czynił sobie ziemię poddaną i panował nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”.(Księga Rodzaju).
Na początku XXI w., w obliczu narastających zagrożeń ekologicznych i pod presją ruchów proekologicznych, kościół zmienił interpretację słowa „panowanie”. Panowanie nad przyrodą nie oznacza już dominacji nad nią. (Panowanie nie oznacza dominacji. Panujemy nad zwierzętami tylko dzięki naszemu potężnemu i wszechobecnemu intelektowi. Nie dlatego, że jesteśmy moralnie lepsi. Nie dlatego, że mamy „prawo” do wykorzystywania tych, którzy nie mogą się obronić). Oznacza też troskę o nią. Ale nadal człowiek jest najdoskonalszym produktem Boga lub ewolucji. Ideę panowania człowieka zaakceptował również Jan Paweł II opowiadając się za koncepcją antropocentryzmu zintegrowanego lub umiarkowanego.( p. Encyklika Centesimus annus (1991).
Niestety, nawet umiarkowany antropocentryzm może w sposób zamierzony, albo przypadkowo, przekształcić się w szowinizm gatunkowy w określonych warunkach, wskutek niewłaściwej interpretacji i pod wpływem odpowiedniej ideologii i propagandy.
Każda forma szowinizmu gatunkowego ludzi szkodzi środowisku przyrodniczemu, ale bardziej socjosferze i ludziom. Przyczynia się do coraz większej i trudno dającej się powstrzymać degradacji geo-, bio- i socjosfery. Psuje dobre relacje między narodami, grupami i jednostkami, jakie kształtowano przez stulecia na podstawie różnych odmian humanizmu.
Antroposzowinizm dzieli ludzi na „naszych” i „obcych”. („Nasi” są lepsi od „obcych, których obdarza się obraźliwymi lub wulgarnymi epitetami.) Im bardziej ceni się swoich, tym bardziej gardzi się innymi i nienawidzi ich; tym bardziej rozwijają się postawy ksenofobiczne, wojownicze i zaściankowe.
Źle jest, gdy mniejszość „lepszych” zdobywa władzę nad większością „gorszych” („gorszego sortu”), którzy nie chcą być zniewalani. Wtedy mniejszość tępi ich bezlitośnie do upadłego, by nie dopuścić do utraty władzy. Podział na „swoich” i „obcych” leży u podstaw ksenofobii, rasizmu (antysemityzmu) , seksizmu egocentryzmu hegemonii, nienawiści (hejtowania), konfliktu pokoleń (ageizmu), walki klasowej, ludobójstwa (holokaustu), terroryzmu, wojen etnicznych i religijnych, lokalnych i światowych, konfliktów ideologicznych, walk plemiennych i klasowych, wyzysku, buntów i rewolucji społecznych.
Szkodzi też sferze duchowej (religijnej i świeckiej), w której skład wchodzą potrzeby wyższego rzędu, systemy (hierarchie) wartości, wierzenia, wrażliwość estetyczna (odczuwanie piękna), kultura osobista (styl bycia, sposób zachowania się, ubierania i wysławiania) oraz refleksja nad swoim bytem i sensem życia.
Antroposzowinizm wypacza lub degraduje je i okalecza osobowość. W efekcie dehumanizuje ludzi i redukuje ich do maszynopodobnych istot - androidów wyposażonych w sztuczną inteligencję, która zastępuje mózg. Degradacja środowiska społecznego i duchowego nasila się wraz z rozwojem ustroju społecznego budowanego na ideologiach neoliberalizmu i konsumpcjonizmu oraz na zasadzie stale przyspieszanego wzrostu gospodarczego i fetyszyzmie pieniądza.
Jaki wniosek?
Po niespełna czterdziestu latach zwycięstw człowieka w walce z przyrodą, podniosła się ona z kolan i zaczęła coraz zacieklej mścić się na intruzach zakłócających jej naturalny rozwój. Dlatego w środowisku przyrodniczym zachodzą zmiany, w wyniku których jest ono coraz mniej przyjazne ludziom. To zmusza do zastanowienia się nad tym, do czego prowadzi antroposzowinizm i do poddania go krytyce. Coraz więcej ludzi ocenia go negatywnie. Jednak mimo to, nadal niszczą środowisko, by zaspokajać egoistyczne potrzeby, rosnące proporcjonalnie do stopnia rozwoju cywilizacyjnego i dobrobytu. W niewielkim stopniu uwzględnia się potrzeby innych gatunków, głównie tych, od których zależy biologiczna egzystencja ludzi. Bierze się to z priorytetu czynników i kryteriów ekonomicznych.
Również środowisko społeczne „upomina się” o zaprzestanie niszczenia go. Za psucie odwzajemnia się ludziom kryzysami społecznymi oraz degradacją systemów społecznych i osobowości jednostek.
Wzrost uświadomienia ekologicznego i wiedzy o szkodliwości szowinizmu gatunkowego nie stoi na przeszkodzie w utrzymaniu przewagi antroposzowinizmu nad ekologizmem. Bowiem antroposzowinizm mocno zakorzenił się od wieków w świadomości ludzi i jest wspomagany przez konserwatystów sprawujących rządy nad światem. Dlatego ekologizm z trudem szerzy się, jak zwykle to, co nowe i postępowe.
Z jednej strony, ludzie nie chcą dobrowolnie zrezygnować z przywileju panowania i wyrzec się dobrostanu materialnego osiąganego w wyniku nieodpowiedzialnego korzystania z postępu. Są tak głupi, że zatracają instynkt samozachowawczy i podcinają gałąź, na której siedzą.
A z drugiej strony, nie mogą być obojętni na los dzieci, wnuków i dalszych pokoleń i nie zapewnić im szansy na przeżycie, którą stwarza ekologizm. Trudno prognozować, czy górę weźmie troska o siebie, czy o przyszłość ludzkości.
Wiesław Sztumski
Od Redakcji: Autor w 1987 r. na Uniwersytecie Śląskim utworzył Zakład Filozofii Nauk Przyrodniczych i Ekologii, którym kierował do przejścia na emeryturę w 2004 r.
* Klaus Kornwachs wymienia cztery wielkie zniewagi człowieka: uświadomienie sobie, że człowiek nie jest centrum świata (w wyniku odkrycia Kopernika), wyrugowanie człowieka z centrum historii istot żywych (w wyniku odkrycia Darwina), uświadomienie sobie niewielkiej roli rozumu (w wyniku odkrycia Freuda), oraz algorytmizacja procesów myślowych (w wyniku badań nad sztuczną inteligencją).