Łupki? Jestem za, a nawet przeciw

Utworzono: piątek, 30 maj 2014 Anna Dyl-Schmelcer Drukuj E-mail
 

 „Gaz łupkowy jest przedmiotem walki politycznej dla ugrupowań Zielonych i lewicy. Łupki zapewne będą wykorzystywane do straszenia obywateli katastrofą, którą może rzekomo grozić wydobywanie tego rodzaju gazu”  -  Bogusław Sonik dla Dziennika.pl


Żadne wizje katastrof ekologicznych i społecznych nie są w stanie przestraszyć mnie bardziej niż cynizm polityków i wielu naukowców, którzy prezentują  korzyści związane z wydobywaniem gazu łupkowego w Polsce,  nie dbając zupełnie o to, że wizja ta jest coraz bardziej niespójna i coraz bardziej niezgodna z rzeczywistością.


W listopadzie 2012 roku Komisja Europejska przyjęła raport środowiskowy w sprawie gazu łupkowego, przygotowany przez Bogusława Sonika, traktowany jak wielki polski sukces.

Jak twierdzi europoseł,  „do Komisji Europejskiej popłynął jasny przekaz, iż gaz łupkowy przy zachowaniu najwyższych standardów można wydobywać bezpiecznie i bez szkody dla środowiska naturalnego”. Bogusław Sonik powtarza też w swoich wypowiedziach znane argumenty, że od gazu łupkowego zależy nasze bezpieczeństwo energetyczne, a ceny energii w wyniku jego wydobycia spadną.

Zapomniałabym – to wszystko będzie możliwe przy pełnym poszanowaniu praw społeczności lokalnych.

Piękna wizja, prawda? Mnie się podoba. Całym sercem przyklasnęłabym jej, gdyby tylko miała szansę na realizację.


Nie jestem naukowcem ani ekonomistą. Nieocenioną pomocą w formułowaniu zastrzeżeń są dla mnie zapiski z otwartej debaty „Łupki – nasza przyszła energia?” zorganizowanej 17 marca 2014 roku na AGH przez posła Sonika, na którą zostali zaproszeni eksperci zajmujący się tematem gazu łupkowego. Posłużyłam się też raportem NIK z 2013 roku i stanowiskiem PAN z marca 2014 roku* w sprawie gazu łupkowego, oraz materiałami zamieszczonymi na oficjalnej stronie posła Sonika. Wnioski zielonych i ekologów wszelkiej maści odłożyłam na bok, bo – szczerze powiedziawszy – niczego już więcej nie potrzebuję, żeby odnieść wrażenie, iż oto znajduję się w „domu wariatów”.


Zacznijmy od ekonomii


Jest już oczywiste (nawet dla ekspertów Bogusława Sonika), że nie uda się w Polsce powtórzyć sukcesu amerykańskiego. W Polsce skały łupkowe zalegają znacznie głębiej niż w USA i mają inną strukturę. Konsekwencją tego jest znaczny wzrost kosztów wydobycia (w USA wykonanie otworu wraz ze szczelinowaniem kosztuje 4 – 5 milionów dolarów, w Polsce – do 20 milionów dolarów).


Według prof. Piotra Sucha z Instytutu Nafty i Gazu, „aby wydobycie gazu z łupków mogło być ekonomicznie uzasadnione, potrzebna jest redukcja kosztów nie o 20 – 30%, lecz trzykrotnie!” Według PAN,  te ogromne koszty spowodują, że gaz z łupków w Polsce nie będzie tańszy od konwencjonalnego.


Prawdziwie zadziwiająca, w kontekście tych informacji, była dla mnie  wypowiedź dr. Adama  Czyżewskiego, głównego ekonomisty w PKN Orlen S.A., który stwierdził, że „nawet jeżeli wydobycie gazu łupkowego będzie nieopłacalne, będzie to korzystne dla gospodarki”.

Gaz łupkowy – jak widzę – ma w Polsce moc niezwykle inspirującą, motywuje do tworzenia nowych paradygmatów w ekonomii. Coś, co jest nieopłacalne, jest jednak korzystne… Dr Czyżewski użył nawet określenia, że wydobycie gazu łupkowego jest „olbrzymią szansą dla gospodarki”. Być może jest to „olbrzymia szansa” dla pracowników Orlenu, którzy przez jakiś jeszcze czas korzystać będą z hojnych dotacji  państwowych (czyli naszych, obywateli) przy realizacji programu, który – jak przewiduje Czyżewski – „może być nieopłacalny”.


Przyjazna atmosfera i dobrowolność …


Ogromne koszty wydobycia wiążą się ściśle z jakością  środowiska naturalnego. Konieczność oszczędzania i obniżania kosztów może być pokusą, aby - wydobywając gaz - rezygnować ze stosowania „najwyższych standardów”. Trudno się dziwić firmom wydobywczym – które przecież chcą zarobić – że mogą zechcieć tym pokusom ulegać. Nie do przyjęcia jest natomiast konsekwentna polityka naszego państwa, które robi wszystko, aby firmom to umożliwić.


Zgodnie z nowym prawem geologicznym i górniczym, obowiązek wykonywania oceny oddziaływania na środowisko przy poszukiwaniu gazu łupkowego zostanie zniesiony, a nadzór nad działalnością firm wydobywczych w zakresie przestrzegania norm środowiskowych będzie pełniony przez Urzędy Górnicze i Inspektoraty Ochrony Środowiska.


Za zapowiedź tego, jak „surowe” będą to kontrole mogą  posłużyć słowa Głównego Inspektora Ochrony Środowiska Andrzeja  Jagusiewicza:  „Kontrole wobec przedsiębiorców poszukujących i rozpoznających złoża gazu z łupków powinny być dla nich przyjazne i w żadnym wypadku nie zniechęcać ich do dalszych eksploracji surowca. Z kolei przedsiębiorcy w ramach odpowiedzialnej przedsiębiorczości powinni stosować dobrowolnie najlepsze dostępne techniki i praktyki zapewniające wysokie standardy ochrony środowiska”.


Nie brzmi to dobrze, sugeruje możliwość zaistnienia sytuacji, że przedsiębiorca nie zechce dobrowolnie stosować „wysokich standardów ochrony środowiska”,  a urząd odpowiedzialny za nadzór nad dopełnieniem tego obowiązku (zawahałam się przy tym słowie – czy działanie, które podejmuje się dobrowolnie jest jeszcze obowiązkiem?) nie będzie psuć atmosfery przyjaźni i wzajemnego zaufania uciążliwymi kontrolami.


Warto przypomnieć w tym miejscu o wnioskach z kontroli NIK w 2013 roku: Urzędy Górnicze nie skontrolowały wszystkich wykonanych odwiertów poszukiwawczych, a Ministerstwo Środowiska nie prowadziło kontroli przedsiębiorców w zakresie zgodności wykonywanej działalności z udzieloną koncesją.

Tak było do tej pory. Będzie prawdopodobnie jeszcze gorzej, skoro wśród najwyższych urzędników i polityków panuje przekonanie, że trzeba „ułatwiać”, „zachęcać”, „przyspieszać”…

W sytuacji niewystarczającego nadzoru jeszcze długo będzie można bronić tezy, że szczelinowanie hydrauliczne jest technologią „całkowicie bezpieczną”.


Swoją drogą, trudno naprawdę dociec, na czym opiera się to przekonanie, skoro w czasie krakowskiej debaty kilkakrotnie padało stwierdzenie, że metody stosowane przy wydobyciu gazu łupkowego są „innowacyjne”, trzeba je dopiero dopracowywać, bo doświadczenia zdobyte na złożach północnoamerykańskich, w warunkach polskich mają ograniczoną wartość.

Mimo tych zastrzeżeń, Główny Inspektor Ochrony Środowiska jest „całkowicie spokojny”, uważa, że „zagrożenie migracji i wycieku płynów wiertniczych do wód gruntowych jest minimalne” i „daje gwarancję”, że eksploatacja gazu łupkowego nie będzie szkodziła środowisku. Kolejny złotousty urzędnik!


Gwarancja bezpieczeństwa?


Jakie to ma znaczenie, skoro brak zapisów prawa, które by te gwarancje zabezpieczały?

W marcu 2014 roku premier Tusk zapowiedział, że „jeżeli pojawi się potrzeba zadośćuczynienia czy niwelowania ewentualnych strat wspólnot gminnych w związku z poszukiwaniem i wydobyciem gazu łupkowego, to główne ciężary spadną na samorządy” (PAP). Innymi słowy – firmy będą wydobywać i zarabiać, a samorządy  będą sprzątać.


Jest to w rażącej sprzeczności z zapewnieniami posła Sonika, że obowiązywać będzie w Polsce reguła „zanieczyszczający płaci” i będą opracowywane zasady odpowiedzialności przedsiębiorstw w wypadku awarii.

Trudno wyobrazić sobie lepszą zachętę dla inwestorów – przyjazne kontrole i zwolnienie z odpowiedzialności za ewentualne zaniedbania. Trudno też znaleźć powód, dla którego firmy miałyby stosować „najwyższe standardy ochrony środowiska” w działalności wydobywczej.


Bogusław Sonik w swoich wypowiedziach z 2012 roku zapewniał, że parki narodowe i obszary objęte szczególną ochroną ze względu na zasoby wody pitnej, przy wydobywaniu gazu łupkowego będą omijane. Na konferencji w Krakowie nie powtórzył już tych zapewnień. Można się tylko domyślać dlaczego.


Zamojszczyzna
, gdzie swoje koncesje ma firma Chevron (przedstawiciel firmy brał udział w krakowskiej debacie) znajduje się na największych udokumentowanych zbiornikach wód podziemnych w Polsce. Na Zamojszczyźnie nie ma rzek ani jezior zasobnych w wodę, można więc założyć, że woda używana do szczelinowania będzie pochodziła z tych cennych zasobów (firma Chevron już dziś wierci studnie dla swoich celów), a jakakolwiek awaria, wyciek płynu szczelinującego czy toksycznych ścieków do warstw wodonośnych może spowodować skażenie całego zbiornika.


Ponadto Chevron planuje zlokalizować jedną z wiertni poszukiwawczych w gminie Susiec. To serce Roztocza, w bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się Roztoczański Park narodowy i Puszcza Solska.

Wiadomo – szuka się po to, by znaleźć i wydobywać. Jeżeli koncern natrafi w tym rejonie na złoża, które będzie mógł uznać za „perspektywiczne” co stanie się z tak cennym przyrodniczo i krajobrazowo obszarem?

 
W lipcu 2013 roku w zamojskiej prasie znalazłam informację, że Ministerstwo Środowiska i lokalni samorządowcy podjęli inicjatywę, aby Roztocze i Puszcza Solska zostały wpisane na listę rezerwatów biosfery w ramach programu UNESCO. Ma to oznaczać większy prestiż dla regionu i zapewnić przyjazd zagranicznych turystów. To samo Ministerstwo Środowiska wydaje koncesję na poszukiwanie gazu łupkowego, na terenie, który planuje w sposób szczególny chronić!  Rezerwat biosfery na obszarze górniczym? Czy to ma sens!? Kto zechce wypoczywać w takim miejscu?

Słowa posła Sonika z 2012 roku pozostały tylko słowami. Fakty wskazują na to, że interes koncernu jest ważniejszy od obietnic złożonych obywatelom.


Niemal w każdej wypowiedzi o problemach związanych z wydobyciem gazu łupkowego nasz „poseł od spraw najtrudniejszych” nie zapomina o prawach społeczności lokalnych. Według niego, będą odbywały się konsultacje i dialog z obywatelami tak, aby byli oni dokładnie poinformowani,  co dziać się będzie na terenie, gdzie mieszkają. „Spokój i akceptacja społeczna są ważniejsze niż wydobywanie gazu łupkowego za wszelką cenę. /…/ Mieszkańcy muszą mieć prawo do wyrażania opinii i protestowania”.

I znowu muszę przyznać – dobrze brzmi, ale niestety tylko tyle.


Ignorowanie obywateli

Znakomitym przykładem jak bez znaczenia są to słowa jest sytuacja wsi Żurawlów (gm. Grabowiec) na Zamojszczyźnie. Mieszkańcy tej wsi od ponad dwóch lat konsekwentnie i z determinacją sprzeciwiają się inwestycjom firmy Chevron, początkowo korzystając wyłącznie z drogi prawnej, a od roku czynnie blokując wjazd na teren planowanej wiertni. Próbują też zainteresować swoim problemem polityków i urzędników wszystkich szczebli, a także dziennikarzy. W styczniu br. radni gminy Grabowiec podjęli  uchwałę, że nie zgadzają się na poszukiwanie i wydobycie gazu łupkowego w swojej gminie. Ich działania nie przynoszą do tej pory efektu – firma nie rezygnuje ze swoich planów**.

Rodzi się w tym miejscu pytanie: co dokładnie ma na myśli Bogusław Sonik mówiąc o konsultacjach i dialogu ze społeczeństwem, skoro mieszkańcy Żurawlowa zostali ze swoim problemem sami?


W czerwcu ubiegłego roku marszałek województwa lubelskiego odwiedził protestujących, obiecał „przyjrzeć się sprawie”, minął prawie rok i …  nic. Prawdopodobnie już się nie przygląda  bo zajęty jest swoją kampanią wyborczą do Europarlamentu.

A poseł Sonik? Stwierdził w Krakowie, że protest jest groteskowy a „mieszkańców tej wsi straszy się rzeczami, które nie mają miejsca”.

Jeżeli polityk tej rangi, co europoseł, używa podobnego typu sformułowań – powinien umieć je wyjaśnić. Po pierwsze – kto straszy tych ludzi i - czym? Po drugie- co niby „nie ma miejsca”?


Jednym z wielu argumentów protestujących jest to, że prawo geologiczne i górnicze przewiduje wywłaszczenia z gruntów w przypadku eksploatacji złóż gazu łupkowego. Mieszkańcy Żurawlowa są w posiadaniu pisemnego potwierdzenia tego faktu przez Ministra Skarbu. Źródłem obaw rolników jest również to, że  decyzją wojewody plany zagospodarowania przestrzennego mogą być zmieniane dla potrzeb przemysłu wydobywczego, dosłownie z dnia na dzień. Skoro koncesje na wydobycie gazu łupkowego obejmują całą Lubelszczyznę, jak planować swoją przyszłość, inwestować, budować domy w obliczu takiej niepewności?


Bogusław Sonik zapewniał wcześniej, że konsultacje i dialog ze społeczeństwem będą poprzedzać wydobycie, aby ludzie nie byli zaskoczeni działaniem firm na swoim terenie. Tymczasem  w trakcie krakowskiej debaty, pytany o to, dlaczego koncern Chevron mimo tak zdecydowanego sprzeciwu ludności kontynuuje swoje działania, europoseł odpowiada: „należy pamiętać, że firma otrzymała koncesję zgodnie z prawem”.Typowa kwadratura koła.

Koncesja została przyznana w 2007 roku bez poinformowania ludzi i lokalnych władz samorządowych, nie wspominając nawet o konsultacjach. Teraz  mieszkańcy nie zgadzają się na inwestycje, wierząc naiwnie, że mają do tego prawo. I dowiadują się, że za późno na sprzeciw, bo to nie oni, lecz firma działa zgodnie z prawem. Z pewnością rolnicy z Żurawlowa byliby wdzięczni posłowi za wskazanie właściwego czasu na przeprowadzenie skutecznego protestu.


Mało tego. Według Głównego Geologa Kraju, Sławomira Brodzińskiego, ludzie i tak mają za dużo praw. Należy bowiem – wg niego – dokonać takich regulacji,  aby przeciwnicy gazu łupkowego nie mogli używać prawa do wstrzymania procesu wydobycia.

Myślę, że dobrze by było, aby poseł Sonik napisał i wydał poradnik, w jaki sposób obywatele powinni „wyrażać swoją opinię”, aby mieli szansę być potraktowani przez polityków i urzędników poważnie. Bo niestety, do tej pory wskazówki pana posła w tej kwestii przypominają mi słynne „jestem za, a nawet przeciw”.
Anna Dyl-Schmelcer

                                                                                                                             

*Pisaliśmy o tym w Nr. 4/14 - Stanowisko PAN w sprawie gazu łupkowego
 oraz w Nr. 5/14 -  
Geolodzy z PAN o łupkach 

** Żurawlów ciągle się broni  (SN 5/14) ; Walka Żurawlowa o środowisko  (SN 8-9/13)

 

 

 

Odsłony: 2955
Our website is protected by DMC Firewall!